3 grudnia 2022

Jezus i „Delicje”

Czy Jezus jadł pomarańcze?

🍊 Nie. Pomarańczy nie jadł. W Biblii pomarańcza nie występuje. W żydowskich pismach też. Pojawia się dopiero w kronikach arabskich, które utrzymują, że na teren Omanu, a później w Syrii, Palestynie i w Egipcie kupcy przywieźli je w 300. roku Hidżry, a więc gdzieś tam w X wieku. Skąd? Prawdopodobnie z Chin. Wskazuje na to nawet łacińska nazwa złocistego owocu – „Citrus sinensis” (czyli „chiński”, tak jak „sinologia”, to nauka o Chinach). Okazuje się bowiem, że nie tylko covid pojawił się w Chinach. Pomarańcze też. Bo pomarańcze nie są dziełem Boga, ale człowieka. Chińskie tradycje w grzebaniu przy nasionach, genach, komórkach i innych paskudztwach dotyczyły również krzyżowania gatunków. I tak – z połączenia pompeli i mandarynki (to także nazwa kojarząca się z Chinami) – miała urodzić się pomarańcza. Gatunki roślin cytrusowych chętnie i łatwo się krzyżują, więc owocowy kundlizm kwitnie. Z cytryną jest podobnie. Innymi podejrzanymi o kreację pomarańczy są Hindusi, którzy nacieszywszy się słodyczą pomarańczy zaczęli eksportować ją do Chin. Jaka jest prawda – za Chiny nie wiadomo, gdyż ani mandarynka, ani cytryna nie rośnie w stanie dzikim. Tylko w uprawach.

To tak normalnie na ulicy stoją plastikowe kontenery ze słodkim złotem.

🍊 No więc Jezus pomarańczy nie jadł. A co z „Delicjami”? „Delicji” też nie jadł. Ale – podobnie jak pomarańcze i te pyszne słodkości kojarzą się z Ziemią Świętą. Nawet ich źródłowa nazwa, to „Ciasteczka z Jaffy”. Tak nazywa się też jeden z gatunków pomarańczy „Jaffa”. Dlaczego?

Pomarańczarka – sprzedawczyni w warzywniaku.

🍊 Jaffa (Jafa, Jafo, Jappa albo nawet Jappo albo Joppa – po hebrajsku znaczy „piękno”) to mieścina nad Morzem Śródziemnym. Zaraz koło niej wybudowano Tel Aviv („wzgórze wiosny”). Ale dopiero na początku XX wieku. W Jaffie Perseusz uratował Andromedę przed potworem, który chciał ją pożreć. Niestety zabrakło Perseusza, gdy w Jaffie wsiadł na okręt Jonasz, byle tylko nie iść do Niniwy (to w przeciwnym kierunku), a następnie, w czas burzy wyrzucony za burtę, został połknięty przez wielką rybę, która po trzech dniach wypluła go (fuj!) na brzeg. Potem w tej samej Jaffie Piotr miał sen o desancie plugawej gadziny niekoszernej, którą tajemniczy głos z nieba uznał za zdatną do jedzenia, co jest nie tyle przymusem konsumpcji płazów, ale raczej symbolicznym obrazem konieczności głoszenia Ewangelii poganom, do których stąd właśnie Piotr wyruszył drogą morską. Wróćmy do pomarańczy.

Do koloru, do wyboru…

🍊 Arabscy ogrodnicy w XIX wieku postanowili jeszcze podrasować pomarańcze, żeby skórka była cieńsza a wnętrze słodsze. I tak powstała odmiana „Shamouti” (w „Pokemonach” jest nawet wyspa Shamouti, należąca do Pomarańczowego Archipelagu – sądząc z brzmienia wszyscy myślą, że nazwa jest japońska, a ona arabska jest, heh…). Arabowie potrafili wyhodować coś, co tylko Żydzi umieli sprzedać. Przez porta w Jaffie zaczęto transportować pomarańcze Shamouti na cały świat. Ale żeby nie nazywały się tak dziwnie, to oklejano je karteczkami z nazwą portu „Jappa”. Z handlu i eksportu tych pomarańczy mieli z czego żyć Żydzi emigrujący do Izraela z Europy w niespokojnym XX wieku.

Stragan w Jerycho: obok pomarańczy także banany: nikt się nie patyczkuje zbiorem, po prostu ucina się całą „gałąź”.

🍊 Aż w pewnym momencie okazało się, że tych pomarańczy jest więcej, niż chętnych na zakup. Więc, żeby owoce się nie zmarnowały, zaczęli je przerabiać na dżem. Dżem z pomarańczy nie sprzedawał się już jednak tak gładko. Na szczęście ktoś wypatrzył, że ten dżem chętnie kupują Anglicy, których tutaj kręciło się pełno. Obywatele brytyjscy używali pomarańczowego dżemu głównie w tym celu, żeby posmarować nim kejki – ciasteczka, które chrupali przy okazji fajf oklok tii, czyli popołudniowej herbatki. Ale papraniny było przy tym co niemiara. Więc ktoś wpadł na pomysł, żeby Angolom już posmarowane pomarańczowym dżemem ciastka sprzedawać. Tylko: jak zapakować kejka posmarowanego dżemem? Wreszcie znalazł się kolejny geniusz, który sprawę uciął krótko: posmarować ciastko dżemem i zachlastać to czekoladą. Jak zastygnie, to dżem przytrzyma. I tak powstały „Jaffakejks”, które u nas Wedel wypuścił jako Delicje. Jezus też ich nie jadł, bo te jaffskie kejksy pojawiły się dopiero w 1927 roku. Każdy musi mieć 2 i 1/8 cala średnicy (54 milimetry), składać się z trzech warstw: biszkopt, dżem pomarańczowy i polewa czekoladowa. I każdy taki kejk ma 46 kalorii. Onegdaj pakowano je według systemu dziesiętnego – po 10, 20, 30 albo 40 sztuk. A pięć lat temu wytwórcy przeszli na śmieszny angielski system tuzinowo-kopowy i pakują Jaffakejki po 12 albo 24 sztuki (nasze są pakowane po 10 albo 20 sztuk).

Te z liśćmi są tańsze.

🍊 Na pamiątkę historii z pomarańczami przed takim jednym muzeum w Jaffie rośnie dziwaczne drzewko pomarańczowe. Bo nie – normalnie – w ziemi, ale w obłej donicy wiszącej na łańcuchach nad ziemią, a właściwie nad brukiem. Zainstalował je tam niejaki Ran Morin w 1993 roku. Niektórzy mówią o nim: ostatnie drzewko pomarańczowe w Jaffie. Ma to być coś w rodzaju protestu wobec walk palestyńsko-żydowskich o ziemię. Drzewko wiszące metr nad kamiennym brukiem mówi: „Nie musicie walczyć o to, na czyjej ziemi będę rosło, mogę rosnąć ponad ziemią i ponad podziałami”.

Ta Arabka uczyła mnie, jak wybierać najlepsze pomarańcze.

🍊 Dołączam trochę zdjęć, które zrobiłem w różnych miejscach w Izraelu, w których można kupić pomarańcze – bez tych wszystkich znanych nam, śmierdzących oprysków.