Błażejki

Awantura się zrobiła w zakrystii zaraz po mszy: wpadli ludzie i strasznie na księdza nakrzyczeli, że błogosławieństwa na świętego Błażeja nie zrobił.

Nie, nie u nas w kościele. Gdzie indziej. Ale przyszedł ktoś i o tym opowiedział. Co roku słyszę podobne historie. I wcale się ludziom nie dziwię. Księdzu się dziwię, który w poczuciu dziwnie pojętej nowoczesności ruguje wiekowe zwyczaje, stawiając na półce z gusłami. Wiekowe – sam Mikołaj Rej, nie katolik przecie – pisał: „Błazenki sobie ony około gardła wieszali, a chrapliwy i inne gardłowe niemocy sobie tym leczyli”.

Nie posądzam kolegi po fachu, że Błażejowej historii nie zna. Nasz bohater żyje na przełomie III i IV wieku praktykuje w Sebaście (dziś Sivas w Turcji) jako lekarz. Nawraca się, przyjmuje chrzest, zostaje biskupem. Aresztują go za wiarę chrześcijańską. Oczekując w więzieniu na wykonanie wyroku ratuje chłopca, który omal nie udusił się rybią ością, co utkwiła mu w gardle. W związku z tym wydarzeniem trafia potem Błażej do grona świętych Czternastu Wspomożycieli jako patron dla bydła oraz chorób aparatu mowy, głosu, chrypki, kaszlu i wszelkich chorób gardła. Zrazu w jego wspomnienie święciliśmy jabłka-zimówki, dawane do spożycia kaszlącym. Potem z chrześcijaństwa wschodniego przejęliśmy zwyczaj błogosławieństwa, które tam dokonuje się nie samą dłonią, ale zapalonymi świecami – Błażejkami.

Z biegiem czasu ukształtował się zwyczaj, by świece były dwie, połączone sznurkiem czy wstążką na kształt krzyża. Co miało kapitalne znaczenie. Świeca – knotek oblany woskiem – kojarzy się z Bożym Narodzeniem, złączeniem niewidzialnej natury boskiej (knotek) z widzialną cielesnością (woskowy walec); płomyk jest znakiem Światłości, która przyszła na świat. Skrzyżowanie zaś świece łączono z Męką Pańską, czerwoną wstążeczkę – z takąż stułą na krzyżu, symbolem Zmartwychwstania. Jak w sam raz 3 lutego – wspomnienie świętego Błażeja przypada prawie w połowie czasu między Bożym Narodzeniem i Wielkanocą.

Taki jest sens skrzyżowanych świeczek, którymi w geście błogosławieństwa dotyka się gardeł w sezonie, gdy infekcje górnych dróg oddechowych i aparatu mowy zbierają najobfitsze żniwa. A nie jakieś gusła czy zabobony. Owo błogosławieństwo nie jest samo w sobie lekarstwem, nie zastąpi też szalika, czapki i w ogóle higieny i zdrowego rozsądku. Jest gestem Opatrzności, która jak Jezus Jairowi mówi: „Nie bój się, wierz tylko”, czyli zadbaj o siebie, jak należy, a Ja się zajmę resztą.

Mnie się Błażejki kojarzą z Szabatem. Na szabasowym stole stoją dwie świece, które matka zapala osiemnaście minut przed zachodem słońca i wypowiada modlitwę błogosławieństwa. Obrzęd ten wprowadza na świat pokój oraz zdrowie i szczęście dla rodziny. Przy okazji świętego Błażeja wygląda to tak, jakby Matka-Eklezja związała dwie szabasowe świece wstążeczką, łącząc Stare Przymierze z Nowym.

Cieszę się jak dziecko, że wnętrze mojego kościoła na Matkę Boską Gromniczną rozbłyska setką płonących świec, że następnego dnia ludziska cisną się do ołtarza rozpinając kurtki i płaszcze, rozchylając golfy, odwijając szaliki, wyciągając szyje po Błażejki. Nikomu nie powiem: spoko, będziesz zdrowy. Nad każdym myślę sobie po prostu: nie bój się, wierz tylko. I ani myślę tego zwyczaju zarzucić.