Dobroć chodząca

Niewinność ubogich panien ratuje. Żeglarzy wyciąga z morskiej topieli. Ubogich karmi i przyodziewa.

Stary ojciec owdowiały ma trzy córki. Chętnie za mąż by je wydał, ale posagu nie mają, więc kawalerowie trzymają się z dala. Wdowiec na posag by zarobił, ale powalony chorobą z łóżka nie wstaje. Więc umyślił sobie, że córki na ulicę wyśle. Niech własnym ciałem na wiano zapracują. Płacz dziewcząt skazanych na pohańbienie słyszy przypadkowo przechodzący mimo Mikołaj. Najbliższej nocy skrada się więc, by z obfitego majątku własnego każdej z panien bryłę złota podarować i od ulicznictwa powstrzymać.

Biskup Mikołaj, to chodzącą dobroć. Niewinność ubogich panien ratuje. Żeglarzy wyciąga z morskiej topieli. Ubogich karmi i przyodziewa.

Ma w sobie jednak i jakąś gwałtowność. Katu miecz wyrywa z ręki, gdy ten ma życie odebrać za karę, fałszywie oskarżonym o zdradę trzem młodzieńcom. A na soborze w Nicei, w dyskusji z biskupem Ariuszem, wzburzony podchodzi i wali go w łeb. Za karę ląduje w więzieniu. Tu odwiedza go Jezus i daje mu księgę – na znak, że prawdy bronił. A potem przychodzi Matka Pana i przywraca Mikołajowi insygnia biskupie. Dlatego na ruskich ikonach Mikołaja z Jezusem i Maryją po bokach piszą.

Biskup Ariusz utrzymywał, że Bóg jest, ale w jednej Osobie, a Jezus jest stworzony, a nie zrodzony i współistotny Ojcu. Naukę tę potępiło grono biskupów, w którym był i nasz dobrotliwy, tudzież porywczy Mikołaj. I żeby było wiadomo, o co w chrześcijaństwie biega, ułożono „Wierzę w Boga Ojca Wszechmogącego”.

Niech się nam zatem biskup Mikołaj przypomina, gdy pacierz mówimy. Albo kiedy słyszymy o jakiej biedzie albo nieszczęściu. Co nam szkodzi być chodzącą dobrocią?