24 lipca 2021

Porzućcie nadzieję

28 maja mija rocznica deportacji ojca Maksymiliana Kolbego do KL Auschwitz.

Niedzielny poranek – 28 maja 1941 roku. Szarpnęły wagony. Ze stacji kolejowej Warszawa Wschodnia ruszył skład bydlęcych wagonów, w których upchnięto ponad 300 osadzonych wcześniej w więzieniu przy ulicy Pawiej. Pociąg jechał na południe przez cały, wyjątkowo upalny dzień. Nie dostali nawet kropli wody. Nie było toalety. W zaduchu niektórzy omdlewali. Wreszcie około 19:00 skład, minąwszy stację kolejową w Oświęcimiu, skręcił w lewo na bocznicę, która kiedyś prowadziła w pobliże koszar wojskowych i składu Monopolu Tytoniowego. Pociąg zatrzymał się ze zgrzytem. Rozsunięto drzwi. Ktoś zaczął wyszczekiwać nazwiska. Wyczytani mieli biec wzdłuż szpaleru strażników i kapo, którzy – uzbrojeni w kije, pałki i rzemienie – bezlitośnie okładali przemykających ostatkiem sił.

Metą była brama z niewłaściwym napisem. Powinno stać na niej „lasciate ogni speranza” (porzućcie wszelką nadzieję – napis nad brama piekielną w „Boskiej komedii” Dantego). Tymczasem motto tego miejsca, na urągowisko, zaczerpnięto z Ewangelii Janowej, gdzie Chrystus mówi: „Prawda czyni wolnym” (J 8,32). Słowo „prawda” już dawno temu zastąpiono słowem „praca”, by zrazu uczynić to fałszerstwo hasłem pozytywistycznego programu zwalczania bezrobocia w Niemczech. Następnie – podajże od Dachau poczynając – umieszczano je z upodobaniem nad bramą wejściową prowadzącą do wielu obozów koncentracyjnych.

Wśród wyzwisk, przekleństw, kopniaków, razów i kuksańców ustawiono ich na placu apelowym. Policzono. I była mowa powitalna lagerfurera Karla Fritzscha:
– Przybyliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, reszta trzy miesiące…

Wśród tych trzystu stał w czarnym, franciszkańskim habicie Rajumund Kolbe – zakonne imię Maksymilian. Nie przypuszczał, że dwa miesiące później, na tym samym placu wysunie się z szeregu, podejdzie do tego samego Karla Fritzscha i powie, że chce dobrowolnie pójść na śmierć w zamian za jednego z więźniów.

Była niedziela. Był wieczór. Było duszno, jak w maju przed burzą. Nikomu nie chciało się już o tej porze pilnować strzyżenia, odwszawiania, odbierania rzeczy, ubierania w pasiaki. Pospiesznie zamknięto ich na noc w łaźni, spoconych zaduchem i strachem, obolałych, na wpół żywych. Z resztkami godności i imienia, których następnego dnia, z samego rana, zaczęto ich pozbawiać do cna.