Brzmi ów tytuł świętokradczo. Ale cóż – prawdziwie.
Madonna w typie Hodegetrii (Ukazująca Drogę) od 520 lat zdobi kościół w Gietrzwałdzie. Ten sam, u wejścia którego rósł klon. Na klonie latem 1877 roku dwie Gietrzwałdzianki 160 razy widziały Maryję Niepokalaną – jak się przedstawiła Piękna Pani. Po klonie został jedynie kamień pamiątkowy, kawałeczek klocka w pobliskiej kapliczce za szkłem i – jak utrzymują miejscowi – jeden jedyny krzyż, wystrugany z jego drewna. Resztę rozebrał lud pobożny na pamiątkę.
Klonu nie ma, a obraz Madonny pozostał. Ale dlaczego gburowatej?
Bo na tych terenach swego czasu gburowie albo gburzy mieszkali. Mianem gbura określano bogatego włościanina posiadającego w Prusach i na Pomorzu przynajmniej 2 łany – niemal 35 hektarów – ziemi. O Gietrzwałdzie kroniki z XVII wieku mówią, że mieszkało tutaj 17 gburów, zatrudniających czeladź, zagrodników i komorników. Na Kaszubach i w północnej części Górnego Śląska mianem gburów określano po prostu rolników. Słowo gbur ma pochodzenie germańskie. Jego krewniak funkcjonuje w angielszczyźnie – neighbour, to właśnie „bliski” (near) „gbur” – właściciel sąsiedniego pola.
Nie do końca wiadomo, jaką woltę uczyniono ze neutralnym a nawet lekko sympatycznym dawniej „gburem”, że na przełomie XIX/XX wieku utożsamiono go z chamem, milczkiem i antypatycznym nieukiem. Podejrzenie w tej sprawie pada na powojennych budowniczych socjalizmu, którzy posiadaczy rolnych ukazywali społeczeństwu jako odrażających i zasługujących na pogardę. I tak nam się „gbur” do dziś podle kojarzy. Szkoda słów. A przynajmniej tego słowa.
