Niewiele brakowało, a Paryż miałby musztardę zamiast wieży Eiffla.
Onego czasu przyemigrował do Francji niemiecki tapicer Boenickhausen. Miejscowym puchły gęby od wymawiania jego nazwiska. A ponieważ fachowcem był wziętym, zaczęto wołać nań przydomkiem „Eifel” wziętym od nazwy nadreńskiego pasemka Ardenów – gór Eifel, z których pochodził. Tapicerowi tyleż przypadło do gustu co i opłacało się zmienić nazwisko ma przyjaźniejsze aparatowi mowy potencjalnych klientów, czego dokonał, dodając jeszcze jedno „f” do środka. Rodzina Boenickhausenów-Eifflów dorabiała się we Francji finansowo i społecznie. Syn tapicera został oficerem. Syn oficera wykształcił się na inżyniera. Rodzina pchała inżyniera Gustawa Eiffla do Dijon, gdzie jego syn miał fabrykę musztardy. Jednak inżynier Gustaw opierał się liniom produkującym marmoladę z gorczycy, stawiając ponad nie mosty, przeprawy a w dalszej karierze śluzy Kanału Panamskiego i wreszcie rzeczoną wieżę jego nazwiska w samym środku Paryża.

Trzystumetrową wieżę mieli postawić Amerykanie na wystawę światową w Filadelfii w 1876 roku. Ale nie zdążyli. Dekadę później pomysł pochwycili Francuzi. Konkurs projektowy wygrał zespół Eiffla, który odkupił prawa autorskie od pozostałych inżynierów – tak, by wieża nosiła tylko jego imię (za równowartości obecnych 400 tysięcy euro). Projekt na papierze składał się z 18 tysięcy elementów. Odlewano je z zegarmistrzowską precyzją w podparyskiej fabryce Eiffla, składano w pięciometrowe kawałki na Polach Marsowych a potem ustawiano w wieżę. Prace miały trwać rok, przeciągnęły się o drugie tyle z powodu strajku 150 robotników, którzy pracowali po 9 godzin zimą i 12 latem. Zarabiali lepiej, niż koledzy na innych budowach, ale chcieli podwyżki, gdy prace wzniosły się na znaczną wysokość. Eiffel raz podwyżkę dał, a potem już nie, argumentując, że jeśli chodzi o ewentualny upadek, skutki są takie same, bez względu na to, czy spadnie się z 50 czy z 200 metrów. Zresztą budowa obyła się bez wypadku. W czasie jej trwania zginął tylko jeden robotnik – po godzinach pracy chciał zaimponować narzeczonej, wdrapał się na nielegalu na sporą wysokość, skąd spadł.

Były protesty Maupassanta, Dumasa, Gounoda i wielu innych, że wieża, to paskudztwo, szpecące miast. Sytuację załagodził pokaz ogni sztucznych, gdy przed rocznicą Rewolucji Eiffel urządził na budującej się jeszcze wieży pokaz ogni sztucznych oraz podczas trwania wystawy światowej, gdy na wieżę wdrapało się łącznie dwa miliony turystów. Słyszałem plotkę, że dziś zwiedzający zostawiają w kasach wieży ponad półtora miliona euro… dziennie.

Ma dziś Paryż dwie damy: katedrę Notre Dame (Nasza Pani) oraz wieżę Dame de fer (Żelazną Panią – tak o wieży Eiffla mówią miejscowi). Tylko musztarda z Dijon pozostaje niepocieszona, że nie załapała się do tak zacnego grona.
