Miała męża poganina i hulakę. Wylała tyle łez, żeby się ustatkował. Nawrócił się dopiero na łożu śmierci.
Miała wredną teściową. Sąsiadki robiły wszystko, żeby je skłócić. Wylała tyle łez, ale nigdy nie dopuściła do kłótni.
Przez trzydzieści lat wylała tyle łez nad własnym dzieckiem – Augustynem, inteligentnym lecz niewierzącym hedonistą. Wędrowała z nim po świecie – od afrykańskiej Kartaginy aż po Medioln. Tutaj „syna tylu łez” znalazł wreszcie Bóg. Mała wtedy 55 lat. Niedługo potem zachorowała i umarła.
Święta Monika – bo o niej mowa – żyła właściwie tylko po to, żeby płakać. Jezus powiedział „nie płacz” wdowie z Nain, kobietom na drodze krzyżowej, Marii Magdalenie przy swoim grobie. Czy o Monice zapomniał?
Julian Tuwim ładnie napisał kiedyś: ŁZY OZNACZAJĄ, ŻE POWINNO BYĆ INACZEJ.
Święta Monika jest patronką zapłakanych kobiet: żyjących w nieudanych związkach, zdradzanych, gnębionych przez teściowe, miażdżonych alkoholizmem, oszczerstwem i złorzeczeniem, przeżywających problemy z dziećmi lub wnukami, patronką wszelkich chodzących kobiecych nieszczęść, które wylewają tyle łez i po cichutku pragną, żeby było inaczej…
