11 tygodni

Tyle w KL Auschwitz przeżył ojciec Kolbe. Okoliczności jego śmierci są zasadniczo znane. Zasadniczo – gdyż wciąż pozostaje kilka tajemnic.

Rodzinne opowieści

Po raz pierwszy usłyszałem o nim w czasach głębokiego dzieciństwa, jeszcze przed beatyfikacją. Tatuś miał we mnie wiernego słuchacza opowieści z czasów wojny. Brał mnie na spacery. Często przy okazji szliśmy z blaszanką bańką na wieś po mleko. I po drodze mówił. Może próbował pozbyć się traumy z własnego dzieciństwa, wyrwanego ze szkoły, wciśniętego wraz z domem moich dziadków między KL Auschwitz a budowaną przez więźniów IG Farben Werke. Jako dwunastolatek, przyłapany na podrzucaniu pajdek chleba więźniom, został przymusowym robotnikiem-spawaczem. „Jeńcy” – tak zawsze mówił o więźniach – trzymali druty albo rury, a on je łączył elektrycznym łukiem. Rozmowy były surowo zabronione. Ale półgębkiem udało się przekazać okruchy wiadomości. Największą sensację i niezwykłe poruszenie wśród „jeńców” wzbudził fakt, że jeden z nich sam z własnej woli zgłosił się na śmierć w zamian za innego. Po kilku dniach tatuś usłyszał znowu, że to był jakiś ksiądz. Znów upłynął czas jakiś, gdy któryś z „jeńców” szepnął, że to był ojciec Kolbe z Niepokalanowa. W czasach błyskawicznego obiegu informacji trudno w to uwierzyć. 85 lat temu wieści rozchodziły się opieszale, z trudem wypełzając spod ciężkiego buciora niemieckiego terroru. I nie w całości.

Jak do tego doszło?

Właśnie mija rocznica zaaplikowania więźniowi numer 16670 zastrzyku kwasu karbolowego w lewe ramię. To dopełniło jego męczeństwo, które nie było śmiercią, ale oddaniem życia za brata. Po ucieczce jednego z więźniów podczas prac żniwnych na przełomie lipca i sierpnia 1941 roku, wśród współmieszkańców jego bloku obozowego przeprowadzono wybiórkę dziesięciu innych, którzy w odwecie za tę eskapadę i ku przestrodze wobec przyszłych potencjalnych uciekinierów mieli ponieść śmierć w bunkrze głodowym. Za jednego z nich – zawodowego sierżanta Wojska Polskiego Franciszka Gajowniczka, który w szoku zaczął spazmować, że żal mu żony i dzieci – zgłosił się na śmierć 47-letni ksiądz katolicki z zakony świętego Franciszka – Rajmund (w zakonie Maksymilian Maria) Kolbe. Złamał regulamin. Bez pozwolenia zwrócił się najpierw do blokowego, że chce się zameldować u lagerfurera. Blokowy kazał mu wrócić do szeregu. Wtedy Kolbe stanął bezpośrednio przed zastępcą komendanta Karlem Fritschem, wyrażając wolę zamiany z rozpaczającym Gajowniczkiem. Fritsch był wyraźnie zaskoczony. Stojący obok raportfurer Palitsch pozostał obojętny. To było dziwne, bowiem dla obu zabicie więźnia było bez porównania mniejszym niż odpędzenie muchy albo komara.

Czas konania

Zgodzili się. Skazańców zamknięto w celi numer 18. podziemi bloku karnej kompanii. W tych samych podziemiach przetrzymywano aresztantów przywożonych tutaj z więzienia w Katowicach. Wśród nich był między innymi późniejszy ksiądz – Franciszek Blachnicki. Skazani, pozbawieni wszelkiego mienia, także ubrania, w dziesięciu wtłoczeni do celi o powierzchni niespełna pięciu metrów kwadratowych, z małym okienkiem u sufitu, zatkanym jednak blachą z wywierconymi otworami do „wentylacji” umierali systematycznie. Po jakimś czasie pozostało ich tylko czterech, wśród nich ojciec Kolbe. Aż władz obozowe zadecydowały o „wyczyszczeniu” bunkra. Wciąż żyjący mieli już słaby kontakt z otoczeniem. Kapo ze szpitala obozowego Bock zbadał ich puls – był wyczuwalny. Więc zaczął robić śmiertelne zastrzyki. Kalefaktor bunkra Bruno Borgowiec będzie potem wspominał, że ojciec Kolbe, gdy na koniec przyszła jego kolej, sam wyciągnął rękę w stronę Bocka. Po zgonie kilku esesmanów przyszło sobie popatrzeć na Kolbego, którego ciało pozostało nie poskręcane w konwulsjach, ale na siedząco, z lekko odchyloną głową i otwartymi oczami, jakby utkwionymi gdzieś poza, gdzieś powyżej poczerniałego stropu bunkra. Ciała dobitych wrzucono do drewnianych koryt z uchwytami, wyniesiono je do kostnicy – „poczekalni” do krematorium, w którym spłonęły następnego dnia – we Wniebowzięcie Matki Boskiej 15 sierpnia 1941 roku. To wszystko działo się w odległości dwóch kilometrów – w zasięgu wzroku – od oświęcimskiego kościoła parafialnego – nomen omen – Wniebowzięcia NMP.

Popiół z krematorium

Urodziłem się ćwierć wieku później i o kolejny kilometr dalej – w szpitalu za Placem Kościuszki, targowiskiem i cmentarzem żydowskim. Często w spotkaniach rodzinnych wracał temat ojca Kolbego w obozie. Stryj Cyryl był zakrystianem u Wniebowzięcia. Jego służbówka na wikarówce był moim przedszkolem, pod opiekuńczym okiem cioci Wisi. Cyryl zabierał mnie do kościoła, gdy pucował sprzęty albo szykował dekoracje. Pamiętam, jak urządzał kaplicę ojca Kolbego w północnym, bocznym przedsionku kościoła, w którego oknie jest witraż świętego Andrzeja Boboli. Centrum kaplicy stanowiła przejmująca dekoracja: korona z prawdziwych cierni otaczała podświetloną na czerwono niszę. W niej umieszczono szklaną szkatułkę z popiołem z obozowego krematorium. Na zewnątrz przedsionek-kaplicę pomalowano w biało-niebieskie pasy obozowego drelicha. Stryj Cyryl znalazł się w grupie Oświęcimian, uczestniczących we Mszy beatyfikacyjnej ojca Kolbego. W 1971 roku w Rzymie papież Paweł VI beatyfikowanego jako wyznawca Maksymiliana nazwał „Męczennikiem Miłości”.

Niedomówienia i niewiadome

Przez całe życie kolekcjonuję informacje o pobycie ojca Kolbego w KL Asuchwitz – drukowane i internetowe. Pojawiają się konfabulacje, a nawet mity. Nie będę ich przytaczał. Dla mnie wartością pozostaje to, że na zawsze pozostanie całe mnóstwo okoliczności, których nie znamy. Dzięki temu możemy bardziej wierzyć, niż wiedzieć. Czego zatem nie wiemy? Po pierwsze: kto uciekł? Za kogo wybrano dziesięciu zakładników? Pojawiają się różne hipotezy, ale numeru ani nazwiska ostatecznie nie potwierdzono. Jak również tego, czy ucieczka ostatecznie okazała się skuteczna. Ksiądz Konrad Szweda wspomina, że po zamknięciu Kolbego w bunkrze on i kilku innych księży modliło się o… odnalezienie zbiega i uwolnienie z piwnicy śmierci Maksymiliana i współtowarzyszy. Bruno Borgowiec wspomina, że Kolbe pocieszał głodujących, że może jeszcze uciekinier się znajdzie i ich uwolnią.

Następnie nie wiadomo, kiedy ucieczka oraz apel ze zgłoszeniem Kolbego miały miejsce. Pojawiają się daty: 27 lub 29 lipca, nawet może początek sierpnia. Ale znów pewnej daty nie ma. Nie zachowały się dokumenty, rozkazy. Nie zachowała się lista wybranych na śmierć głodową w bunkrze, nie wiemy kto był razem z ojcem Kolbe. Zatem również nie wiadomo, jak długo trwało męczeństwo Maksymiliana – pojawiają się wyliczenia od 8-10 dni, do prawie trzech tygodni, w zależności od daty umieszczenia więźniów w piwnicy. Pewną jest tylko data śmierci, zanotowana przez kalefaktora Bruno Borgowca.

Ciekawy przyczynek stanowią wspomnienia urodzonego w bialskim Lipniku wspomnienia Franciszka Targosza (nr 7626), późniejszego wicedyrektora Muzeum Auschwitz. W obozie zajmował się między innymi korespondencją więźniów. Na początku sierpnia 1941 otrzymał na kartce listę więźniów z bloku 13 (dziś 11), których do skreślenia z korespondencji. Jest wśród nich nazwisko Kolbego, ale też całe mnóstwo innych tam więzionych i mordowanych, niekoniecznie współtowarzyszy z tej samej celi.

Skąd ten bałagan?

Nieraz słyszałem argument, że u Niemców panował ostry porządek, że wszystko było dokładnie odnotowywane. W dużej mierze tak. Ale – po pierwsze – ogromna ilość dokumentów została przez nich zniszczona przed zakończeniem wojny. Nie ma – na przykład – obozowej fotografii ojca Kolbego. Jest tylko zdjęcie uwięzionego później za działalność w AK jego rodzonego brata Franciszka. Po drugie kwestia ucieczek była dla garnizonu bardzo niewygodna. W dodatku w czasie, gdy ojciec Kolbe zgłosił się na śmierć, w obozie nie było jego komendanta Hossa – bawił w podróży służbowej. Zastępujący go Fritsch był odpowiedzialny za dyscyplinę. Być może obawiając się konsekwencji, starał się sprawę ucieczki załatwić możliwie jak najszybciej – skoro jej nie zapobiegł, chciał się przynajmniej popisać skutecznością w wyciąganiu konsekwencji wobec współwięźniów.

Fakt, że szereg okoliczności nie jest bynajmniej oczywisty, podkreśla także i to, że akt zgonu ojca Kolbego sporządzono dopiero w połowie września, miesiąc po śmierci. Latem 1941 roku jeszcze nie tatuowano więźniom numerów na przedramieniu. Nosili je na naszywkach. Po śmierci wypisywano je ołówkiem chemicznym na piersi. Kwit z numerem spisanym z piersi przekazywano do kancelarii obozu. Tu powstawał akt zgonu, na którym jako przyczynę podawano najczęściej zawał, zapalenie płuc lub temu podobną chorobę, raczej zawsze kłamiąc. Dopiero w listopadzie oficjalną notatkę o śmierci Maksymiliana przesłano do Niepokalanowa. Bracia dowiedzieli się o niej nieco wcześniej, z listu ojca Bartosika, uwięzionego razem z ojcem Kolbe (Bartosik przeżył Kolbego raptem o cztery miesiące). Franciszkanie przesłali wiadomość o śmierci Maksymiliana do matki – Marianny Kolbowej, która natenczas mieszkała u sióstr Felicjanek w Krakowie na Smoleńsku.

Nie wiadomo wreszcie, co stało się z prochami ojca Kolbego – gdzie tego dnia, 25 sierpnia, wysypywano popioły z krematorium. Możliwych miejsc było wiele: przepływająca zaraz za ulicą Soła, doły z których wydobywano żwir, okoliczne stawy lub pola, nawet przepływająca nieco dalej Wisła.

Proces

Proces beatyfikacyjny ojca Kolbego zainicjowali franciszkanie z… Padwy w roku 1948. Dziś dyplomatycznie tłumaczy się to faktem, iż w powojennej Polsce nie było po temu warunków i sprzyjającego klimatu. To tłumaczenie cokolwiek zadziwiające. Na czas eskalacji represji wobec Kościoła aż po uwięzienie prymasa Wyszyńskiego trzeba poczekać aż do roku 1953. Gdyby to ode mnie zależało, pewnie poczyniłbym jakieś kroki już na przełomie 45/46. Przecież chodzi o założyciela Niepokalanowa i kogoś, kto zamiast ratować swoją skórę, dobrowolnie zgłosił się na śmierć za współwięźnia, heloł! Aha, racja, śmiano się przecież, że to „Szalony Maksiu”, że „opętany Niepokalaną”, że „Szaleniec”. Może z dystansu widać inaczej, lepiej? Może dlatego ta Padwa, a nie Warszawa? W każdym razie gdy już w 1955 roku dokumentacja i świadectwa były zebrane, papież Pius XII oficjalnie otwierając proces beatyfikacyjny Kolbego proroczo przewidział: oto nadchodzą czasy, gdy będziemy dobywać popioły z obozów zagłady i umieszczać je na ołtarzach – lepiej późno, niż wcale.

Kolbe był pierwszym Polakiem wyniesionym na ołtarze po II wojnie światowej. Jego poprzednikiem był inny męczennik – Andrzej Bobola – kanonizowany w roku 1938. Został beatyfikowany jako wyznawca – prawnicy watykańscy nie znaleźli w obozowej rzeczywistości odpowiednich kryteriów, by uznać jego śmierć, jako skutek prześladowania wiary. Później polscy biskupi podnieśli tę kwestię i ostatecznie decyzją już Jana Pawła II kanonizowano Kolbego jako męczennika. To otwarło drogę na ołtarze wszystkim pozostałym męczennikom – ofiarom rewolucji i totalitaryzmów XX wieku.