Po co nam chrzest?

Przecież Dobry Łotr wcale chrztu nie przyjął, a usłyszał obietnicę Raju – słyszę.

Można odpowiedzieć katechizmowo: że chrzest jest bramą prowadzącą do innych sakramentów. Albo, że jest zasiewem wiary, aktem religijnym, inicjującym wzrastanie w niej. Ja odpowiem jeszcze inaczej.

Ewangelie używają na określenie chrztu greckiego słowa „baptismo”. Oznacza ono „zanurzenie”. Kojarzono je z farbiarstwem. Rzemieślnik brał kawałek płótna, zanurzał go w całości w roztworze ługu. A potem wyjmował. Płótno nabierało roztworu, nasiąkało nim, a potem wysuszone na słońcu jaśniało bielą. „Ługiem” – wodą z mydłem – jest sam Jezus. To On jest bezmiarem wód, nad którymi unosi się – jak w Księdze Rodzaju – Duch Pański. „Płótnem” jest człowiek. Chrzest oznacza zanurzenie w Chrystusie. Obrzęd chrztu kończą słowa: „wy, którzy zostaliście zanurzeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa” – napisze święty Paweł (Ga 3,27). A Jan w Apokalipsie objaśni, że zbawieni to ci, którzy „opłukali swe szaty, i w krwi Baranka je wybielili” (Ap 7,14).

Nie chodzi tylko o przynależność do Kościoła, zapisanie w księgach, uczynienie zadość tradycji – bo co ludzie powiedzą, albo babcia wydziedziczy. Chrzest jest przede wszystkim po to, żeby nasiąknąć Chrystusem. Żeby ubrać się w Chrystusa – dlatego przy chrzcie ubiera się białą szatę.

A co z nieszczęsnym choć Dobrym Łotrem? Odpowiem pytaniem na pytanie: czy na pewno nie był ochrzczony? Otóż… był. Tylko inaczej. Ochrzcił go bowiem nie żaden ksiądz, ale sam Pan Jezus. Nie wodą, ale jego własną krwią i boskim oddechem, którego resztkami wypowiedział obietnicę: dziś ze Mną będziesz w raju. Taką formą chrztu pewnie nie byliby zachwyceni liturgiści, ale cóż: jeśli z formalnego punktu widzenia coś nie powinno działać, ale jednak działa – to jest w porządku. Na tym polega Jezusowa inżynieria zbawienia.