6 grudnia 2021

Z Halloween zetknąłem się po raz pierwszy pacholęciem będąc, podczas nauki języka angielskiego.

Z licealnej czytanki pamiętam, jak Suzan i Beti jakieś przebrania szykowały i pampkiny – dynie znaczy się – drążyły, w przeciwieństwie do nas, którzyśmy drążeniem tematu średnio byli zainteresowani. Potem chyba nawet na wiele lat w ogóle o tym zapomniałem. Aż tu nagle jakiś czas temu dotarło do mnie, że Halloween zagrożeniem wielkim jest.

Dowcip mi się przypomniał z czasów CK Austrii. Mosze poszedł na posterunek policji, gdy się okazało, że jego syna, Icka, aresztowano, bo jakieś tam szmoncesy głupie o Najjaśniejszym Panie opowiadał na ulicy.
– Wasz syn stanowi zagrożenia dla naszego państwa – oznajmił Moszemu żandarm.
– Panie oficerze – westchnął Mosze na to. – Jeżeli taki niezdara, jak mój Icek stanowi zagrożenie, to z tym państwem musi być naprawdę kiepsko.

Nie mam zamiaru bagatelizować niczego, ani lekceważyć. Halloween, to nie moje „święto”. Ale odnoszę wrażenie, że jak kiedyś grożono wiernym karą piekła za grzech, niemal zupełnie pomijając nagrodę nieba za dobre życie (proszę porównać proporcje między opisami piekła i nieba u Dantego), tak dziś chętniej się straszy zestawem zagrożeń, niż pokrzepia znakami nadziei (z sakramentami na czele).

Przeglądałem z doskoku internet. Strasznie wiele znalazłem postów i memów o tym, jak złe jest i jakie groźne Halloween, że „nie obchodzę”, „nie promuję”, „nie popieram”. Nikt nie napisał: „od dzisiaj postaram się być świętym”. W każdym razie nie znalazłem.

„Bądźcie świętymi, ponieważ ja jestem święty…” (Kpł 11,44).