Przyłapałem kolegę, gdy wygrzewał się w słońcu. Lada moment zacznie szukać dziewczyny.
– Czerwony – przedstawił się niczym Agent 007. – Zmorsznik Czerwony.
Czerwony nie ze względu na poglądy, ale dominującą barwę. Zmorsznik – bo niczym kanie dżdżu pragnie murszejącego, butwiejącego drewna.
Dorosłe osobniki, jak ten, który złożył mi wizytę, wylęgają na świat latem. Objadają się kwietnym nektarem. Uwielbiają wygrzewać się na słońcu. A gdy sie już najedzą i wygrzeją, zaczynają myśleć o rozmnożeniu. Od myśli do czynu nie jest daleko. Tylko nastrój trzeba sobie zapewnić. Intymną scenerię najlepiej tworzą zmurszale pnie i kłody. Gdy upojne chwile już sie dokonają pani Zmorszniczka składa w szczelinach gnijącego drewna nawet 700 jajeczek. Gdy wyklują się larwy, przez dwa lata będą obierać się butwiejącymi szczątkami drzew. Aż wygryzą się na powierzchnię i przepoczwarzą w osobniki takie jak mój gość, żeby jeść pyłek, zażywać słonecznych kąpieli, odszukać się do pary, przeżyć chwile rozkoszy w zmurszałej alkowie i w ten sposób zadbać o dzietność gatunku.
Zmorszniki lubią się fotografować. Nie uciekają, nie są płochliwe. Choć częściej można je spotkać w lesie niż przy domu. Słyszałem, że są utrapieniem – zwłaszcza w postaci larwalnej – starych obiektów drewnianych. Podobno stanowią utrapienie między innymi Muzeum Auschwitz- Birkenau w części, gdzie zachowały sie ostatki drewnianych baraków.