Dzisiejsza Ewangelia brzmi jak jakaś porównywarka: jeśli kto miłuje ojca, matkę, brata, siostrę bardziej niż Mnie – mówi Jezus – nie jest mnie godzien.
Co znaczy „bardziej” albo „więcej”? Jak to sprawdzić? Czym zmierzyć miłość?
Problem ze zrozumieniem tego zdania wynika z faktu, że – jak powiedziałaby Olga Tokarczuk – ulegamy „dyktaturze dosłowności”. A tu potrzeba odrobiny „metaksy”, Platońskiego „pomiędzy”. Bo w Ewangelii trzeba czytać nie tylko litery, ale również metaksę – pustkę, która jest w tle, między literami i wierszami. Ewangelię trzeba kochać. Miłość polega na tym, że słyszysz to, co nie zostało powiedziane.
Nieraz słyszę jak ktoś tłumaczy, że nie modli się, nie chodzi do kościoła, nie ma więzi z Bogiem. Ale jest uczciwym i dobrym człowiekiem. To jest właśnie ta miłość rodziców czy rodzeństwa bardziej, niż Jezusa. Nie jest źle, ale – według dzisiejszej Ewangelii – mogłoby być lepiej.
Ale bywa gorzej: ktoś kocha Pana Boga tak, że codziennie do kościoła, różaniec, pielgrzymki i pierwsze piątki i jednocześnie żyje w niezgodzie czy nienawiści – w sąsiedztwie, w rodzinie, nawet w małżeństwie. W takim przypadku trzeba stwierdzić jasno: gorzej być nie może.
Tak brzmi dzisiejsza Ewangelia, jeśli się usłyszy także to, co nie zostało powiedziane.
