Żeby ktoś zauważył

To poniekąd „skandaliczne” święto: Bóg się uniża, żeby stać się człowiekiem i jeszcze wychodzi na ulice.

Spotkałem panią Gienię, sąsiadkę po osiemdziesiątce, sunącą z kijkami na spacer. Pytam – dokąd. A ona zaczyna opowiadać, że w zeszłym tygodniu była w parku po sąsiedzku. Na ławce obok przysiadła dziewczyna, nastolatka: włosy w pióra, ufarbowane na zielono, kolczyk w nosie. Więc pani Gienia pyta, czy ten kolczyk nie boli. A ona, że kiedy przekłuwali, to bolało. I potem jeszcze kilka miesięcy. Ale teraz już nie boli. A po co ci, dziecko, ten kolczyk i te zielone włosy? – pyta pani Gienia. A dziewczynie oczy się zaszkliły, i mówi: żeby mnie ktoś wreszcie zauważył. I ja właśnie – mówi mi panie Gienia z kijkami – do fryzjera idę… Nie miałem odwagi spytać, po co?

Opowiedziałem dziś tę historię do kolegi Leszka na kazaniu. Że Boże Ciało, to wynoszenie Pana Jezusa na ulice, jest trochę jak, jakby sobie Pan Jezus w nos – uchowaj Boże – kolczyka zainstalował i włosy ufarbował na zielono. Bo Boże Ciało jest po to, żeby Pana Jezusa ktoś wreszcie zauważył.

To poniekąd „skandaliczne” święto: Bóg się uniża, żeby stać się człowiekiem i jeszcze wychodzi na ulice. Ale do słuchaczy też mówił: kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew ma życie – mówi Leszek. W oryginale greckim Ewangelii jest nawet dosłownie czasownik „gryzie”, anie tylko spożywa. I najpierw daje Herbertem, który przypomina, że w ciel człowieka płynie tylko cztery pięć litrów tego, co nazywano duszą ciała i „Pan Cogito dziwi się naiwnie dlaczego to odkrycie nie wywołało przewrotu powinno przynajmniej skłonić do rozsądnej oszczędności” (z „Pan Cogito myśli o krwi). Potem jeszcze kartkuje Norwidowy list do Konstancji Górskiej z opisem krwawego pobojowiska austriackiej klęski pod Solferino (1859). Na co przypominam, iż po owej niesławnej bitwie narodziła się idea pomocy ponad podziałami dla ofiar wojen i bitew, dokonująca się pod znakiem Czerwonego Krzyża (a gdzieniegdzie także czerwonego Półksiężyca) i owe białe opaski z czerwonym krzyżem na rękawach sanitariuszy też przypominają o Bożym Ciele – Umęczonym i Zmartwychwstałym.

Potem poszliśmy z procesją do czterech ołtarzy. Na ulicach cicho, pusto. Dwa zbłąkane samochody, które w porę zawróciły, żeby nie przeszkadzać. Tonące w oszalałej życiem zieleni ołtarze. I śpiew „Zróbcie Mu miejsce, Pan idzie z nieba…”. A kiedy przyszła moja kolej, żeby nieść Najświętszy Sakrament, Jezus szepnął do mnie z okna monstrancji: tego miejsca bynajmniej zbyt wiele nie potrzebuję, wystarczy żeby mnie ktoś wreszcie zauważył…