Bez czego nie można się obyć w kościele? Bez dzwonów, kielicha, pateny, monstrancji, ornatu?
Dziś najważniejsza ze wszystkich była łopata do śniegu. Stoi skromnie przy drzwiach zakrystii i wszyscy, co przechodzą uśmiechają się do niej wdzięcznie.
Tymczasem na ambonie zbudowaliśmy z Leszkiem kolejny dialog franciszkański – na 800. rocznicę śmierci Poverello. Skończyliśmy onegdaj „Pieśń Słoneczną”, by teraz wziąć na tapet „Hymn radosny” – utwór nie podyktowany przez Franciszka, ale stanowiący fragment „Fioretti” – Kwiatków.
Ja zacząłem opowieścią o tym, jak odławiano małpy w dziczy dla ogrodów zoologicznych. Trzeba było wkopać w ziemię dzban z nie nazbyt szeroką szyjką. Na dnie umieścić garść ryżu z owocami. Małpa zwabiona zapachem wsuwała ramię, ale gdy nabrała pełną garść przynęty, zaciśnięta pięść nie była w stanie przecisnąć się z powrotem. Była szczęśliwa, że zdobyła smakołyk. I smutna, bowiem wkrótce przychodzili handlarze i pakowali do klatki.
Szczęście i radość, to dwie różne rzeczy – mówi Leszek. – Niesłusznie je utożsamiamy. Szczęście Franciszka, to był dom, sklep, kariera, towarzystwo. Ale dopiero gdy porzuciła to wszystko, odnalazł radość. Szczęście płynie z tego, co się już ma. A radość jest związana z faktem, że człowiek chce iść naprzód, coś poznać, zdobyć, odkryć.
Nieco to trudne. Więc próbuję objaśnić Erichem Frommem: szczęście oznacza „mieć”, a radość – „być”. Ten to MA szczęście – mówi się. Radości się nie ma, radość po prostu jest. Szczęście do radości ma się tak, jak mieszkanie do domu. Można mieć super mieszkanie: błyszczące podłogi, drogie tapery, super kuchnię, sypialnię, wszystko na pilot albo aplikację. To jest szczęście. Dom trzeba stworzyć. Dom, to mąż i żona, dzieci, może też babcia, kot, pies i kanarek. Szczęście – jak mieszkanie – ma się i już. O radość – jak o dom – trzeba się starać, zabiegać, wciąż budować i tworzyć. Szczęście jest spełnieniem i dostatkiem. Radość, to wołanie o więcej – że tak sparafrazuję opinię Tuwima o poezji.
Słowo „poezja” działa na Leszka podobnie, jak kocimiętka na każdego sierściucha. Więc nie tylko zarzeka się, że „Kwiatki” najlepiej przetłumaczył Leopold Staff, ale jeszcze dorzuca – w kwestii szczęścia i radości – Konstantego I. Gałczyńskiego kawałek „Zielonej Gęsi”, a dokładnie „Ostrożność”, której bohater, profesor Bączyński, wychodząc ostrożnie na miasto sprawdza gaz, chowa zapałki, odbiera dzieciom ostre przedmioty itd. itp., a na koniec „wpada pod pędzącą z szybkością 60 km ciężarówkę z kapustą”. Wiem, odgryza się za moją historię o szczęściu bez radości z małpą w roli głównej.
Robi się już nieco surrealistycznie, więc kończę prozaicznym szlagwortem, przypominając słuchaczom, że najlepszym lekarstwem na wielkie smutki są małe radości. Amen.
