święty szczęściarz

Niewiele brakowało, a Jan Kanty mógł zginąć w nurtach Tybru.

Profesor Wszechnicy Jagiellońskiej Jan z Kęt mógł cieszyć się przywilejem siedzenia w kościele z nogą założoną na nogę. Oburzy się ktoś na to, zwłaszcza liturgiści. Ale cóż. Taki sposób siedzenia, który dziś uchodzi za cokolwiek swobodny, w wiekach średnich był przywilejem „Crossario” – tych, którzy osobiście pielgrzymowali do Grobu Pańskiego. A biografowie Jana Kantego są co do tego raczej zgodni. Nie ma jedynie pewności, czy chodzi o Grób Pański w Jerozolimie, czy też w… Miechowie, gdzie Bożogrobcy (członkowie Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu w Jerozolimie zwani też Kawalerami Bożego Grobu) sprawili jego kopię i zbudowali klasztor ze szkołą, której wykładowcą był Jan Kanty.

Z całą pewnością natomiast święty Profesor był także „Romario” czyli pielgrzymem – pieszym – do Grobów Apostolskich w Rzymie. Hagiografowie znów podają różne liczby – od czterech do pięciu takich peregrynacji, z których każda musiała zająć dużo ponad rok – przypisują Kantemu. Zgodni są znów co do jednego: sześćdziesięcioletni już wówczas Jan z Kęt poszedł do Rzymu na Jubileusz roku 1450. Poszedł i przeżył… katastrofę.

Jedyną przeprawę przez Tybr w pobliżu Bazyliki i Grobu Świętego Piotra stanowił wówczas Ponte Sant’Angelo – Most Świętego Anioła. Liczącą 135 metrów przeprawę zbudował w II wieku cesarz Hadrian, jako przedłużenie alei wiodącej do jego mauzoleum (obecny Zamek Anioła). W Roku Jubileuszowym każdego dnia ciągnęły nim w tę i we w tę tysiące pielgrzymów, a także setki zaprzęgów, którymi dowożono do miasta towary, zwłaszcza żywność dla pątników. U wylotu mostu a także być może na samym moście rozłożyły się kramy z dewocjonaliami, pamiątkami i jedzeniem (nic nowego pod Słońcem). Na moście pojawiali się jeźdźcy, powozy bogatych pielgrzymów i… trupiarki: zwłaszcza latem w pobliżu Watykanu zbierano dziesiątki ciał ludzi, którzy ostatkiem sił dotarli do celu i padli z wyczerpania, niedożywienia i chorób. Brak zaplecza higienicznego powodował roznoszenie chorób. W Rzymie omal wybuchła epidemia.

Pewnego letniego popołudnia na Most Anioła wkroczył orszak jednego z kardynałów. Pachołcy torowali mu drogę. Może ktoś głośno krzyknął, może z hukiem upadł ze jakiego straganu blaszany garnek albo patelnia. W każdym razie muł co szedł w zaprzęgu kardynalskiej karocy spłoszył się i rzucił się kopytami w tłum, tratując ludzi. Pod naporem tłuszczy z hukiem pękły bariery mostu. I zanim opanowano sytuację, ponad dwustu ludzi spadło z mostu, znajdując śmierć w odmętach Tybru.

Być może nasz Jan Kanty był świadkiem, a kto wie, czy nawet nie uczestnikiem tej tragedii. Na szczęście nie padł jej ofiarą, skoro wróciwszy z nieszczęsnych obchodów Roku Jubileuszowego 1450 przeżył jeszcze szczęśliwie kolejne 23 lata. Ale niewiele brakowało…