Ufny Azjata

Uchodzi za gamonia. A on tylko nie umie się bać.

Bażant jaki jest, prawie każdy widział. Łazi sobie po łąkach i polach kolorowy jak klaun kogut, prawie zawsze z haremem kilku a nawet kilkunastu kur. Dziobie nasionka i jagody, nie pogardzi pędrakiem wygrzebanym z ziemi. Błyszczy piórem i zgrywa ważniaka. A o swoim istnieniu zapewnia metalicznym pianiem. I ono go, niestety, gubi. Po jelenia dopada się po tropach, a bażanta po głosie.

Jego ojczyzną jest Kaukaz i wszystko na wschód ot niego. Nad Morzem Śródziemnym rozplenili go Grecy. Rzymianie zawlekli na Wyspy Brytyjskie. Stamtąd bażanta zwieziono do Europy. W połowie szesnastego wieku pojawił się na terenie obecnego Śląska.

Dwa stulecia później pełno go było już w całej Rzeczpospolitej. Żyje sobie w stanie raczej wolnym. Ale hoduje się go także i w zasadzie tylko po to, żeby w odpowiednim czasie wygnać go na wolność.

Bażant o to nie ma do nikogo pretensji. Problem jedynie w tym, że hodowla pozbawia go poczucia strachu. Bo skoro w młodości było pełno jedzenia i żadnych zagrożeń, to dlaczego na wolności miałoby być inaczej? Łatwo pada więc łupem psów, od października do lutego także myśliwych. Choć ci polują jedynie na koguty – kury, o ile wiem, są pod całoroczną ochroną. Kiedy w ptasim móżdżku zaświta myśl, że coś jednak może być niebezpieczne, ucieka przeważnie na nogach, a strusiem pędziwiatrem raczej nie jest. W akcie rozpaczy podrywa się do lotu. Ale jego lot, to już jest kabaret absolutny.

Upolowałem jednego jegomościa dziś o zachodzie Słońca aparatem. Wystarczyło zatrzymać się na moment na polnej drodze. Kury – mądrzejsze – czmychnęły w kępę uschłych traw. A ten prężył przede mną opierzone muskuły, obrzucił kilka razy pogardliwym spojrzeniem. Zapiał dwa-trzy-razy ochrypłym głosem i oddalił się dostojnie, z gracją królewskiego okrętu wojennego.