Kadzidło

Siedzimy sobie z kolegą Grzesiem i wspominamy dawne czasy, kiedy się jeszcze było nieopierzonym ministrantem.

Grzesiu mówi, że nie zawsze lubił chodzić na Majowe. Ja – przeciwnie. Ale byłem zmotywowany. Albowiem onego czasu posiadłem sztukę przygotowywania kadzidła do wystawienia: rozpalania przy pomocy denaturatu, rozdmuchiwania, huśtania i – to już był level hard – kręcenia kociołkiem na drucie niczym diabelskim młynem. Węgielki i kadzidło kupowało się w sklepie „Veritas”. Ale pół wieku temu trudności zaopatrzeniowe dotykały także placówki zaopatrzenia kościelnego, więc nieraz preparowało się kadzidło z własnoręcznie zbieranej i suszonej żywicy, pomieszanej z suszonymi ziołami i kwiatami. Każdy z nas polował na węgiel drzewny. Kiedy więc robiło się ognisko z prażonymi, kiełbasą zwyczajną na patyku albo ziemniakami w popiele, była okazja, by z paleniska wygrzebać zwęglone, niespalone do końca resztki drewna, które znakomicie nadawały się na kościelne kadzidło.

Grzesiu mówi, że też polował na węgiel drzewny. Raz na pogrzeb zataszczył całą torbę owego ministranckiego czarnego złota. Koledzy rozniecili ogień do okadzenia trumny. Kiedy stanęli z nim przed ołtarzem, po kościele zaczął rozchodzić się niespodziewany w takich okolicznościach aromat… szynki i kiełbasy. Bo też Grzesiu – o czym zrazu zmilczał – zacną porcję węgle drzewnego pozyskał z przydomowej wędzarni, gdzie na rozżarzone drewno padały wcześniej obficie krople tłuszczu wytapianego z wyrobów poddawanych procesowi wędzenia na ciepło. Proboszcz jegomość skwitował sprawę krótko, że w czasach niedoboru wędlin, reglamentowanych kartkami żywnościowymi, ludziska mieli lepszą okazję powąchania kiełbasy w kościele, niż w sklepie mięsnym. Poza tym uroczystość pogrzebowa przebiegła wolna od innych nieprzewidzianych i nieoczywistych okoliczności.