Niewidomy i sadzawka

W czwartą niedzielę Postu czyta się Ewangelię o uzdrowieniu niewidomego (J 9).

Jezus dostrzega go w świątyni. Spluwa na ziemię, robi błoto, którym smaruje mu powieki i mówi: idź, obmyj się w sadzawce Siloe.

– Chyba sobie żartujesz – powinien oburzyć się niewidomy. Świątynia znajduje się na najwyższym miejscu tej części Jerozolimy, a sadzawka – około kilometr stąd, w najniższym puncie miasta. Niewidomy, penetrując drogę laską, musi zejść na łeb na szyję po kamienistej ścieżce, pełnej kamieni i uskoków w dół. Dopiero gdy się obmyje odzyska wzrok i już widząc, spokojnie, wróci do świątyni, gdzie będzie miał przechlapane u faryzeuszy, rodzice go „wydziedziczą”, ludzie nie poznają, tylko Jezus się do niego uśmiechnie.

Odkryty zbiornik wodny zorganizował siedem wieków przed Chrystusem króle Ezechiasz. Zorganizował go w ten sposób, że wykuł w skale podziemny tunel łączący źródło ze zbiornikiem o pojemności ponad 600 metrów sześciennych – nie wiadomo dokładnie, bo zbiornik z biegiem czasu został częściowo zasypany. Rezerwuar miał zapewnić wodę mieszkańcom Jerozolimy na wypadek ewentualnego oblężenia przez jakieś wrogie wojska.

Tak sadzawka Siloe wygląda dzisiaj.

Tunel ma ponad pół kilometra długości, w niektórych mniej niż metr wysokości, w innych miejscach – kilka metrów. Kopano go z dwóch przeciwległych stron. Robotnikom udało się spotkać.

Sadzawka na końcu tunelu nazywa się Siloe, co znaczy „posłany”, ale także „tunel”, „kanał”, „wodociąg” – od hebrajskiego „szoleach” – „wysyłać”. Zwano go również „Silo” albo „Siloam”. W pobliżu stała wieża, która uległa zawaleniu, powodując śmierć 18 ludzi – to wydarzenie komentuje Jezus (Łk 13,4).

Ciekawe jest jeszcze splunięcie Jezusa. Może budzić odrazę. Ale ma znaczenie alegoryczne. Splunięcie – to wyrzucenie z ust „wody” przy pomocy wydmuchnięcia powietrza z płuc. Kojarzono to połączenie wody i powietrza z chrztem: podczas zanurzenia w wodzie człowiek otrzymuje Ducha Świętego. Jezus, choć nie wygląda to apetycznie, posługuje się błotem tak samo, jak Pan Bóg, gdy stwarzał człowieka, lepiąc go z prochu ziemi (ów proch musiał być wilgotny, inaczej nie dałoby się nic ulepić) ożywionego tchnieniem życia.

Ewangelię o uzdrowieniu niewidomego, co po omacku musiał iść kilometr w dół do Siole czytano kiedyś katechumenom czyli kandydatom na chrześcijan. Ich chrzest odbywał się o wschodzie Słońca w niedzielę wielkanocną. Zanurzali się w wodzie zwróceni twarzą na wschód. To zanurzenie nazywało się „baptisma”. A kiedy się wynurzali z tej wody, widzieli blask wschodzącego Słońca – Symbol Jezusa zmartwychwstałego. „Światło” po grecku, to „fos” (stąd mamy „fotografię” czyli „malowanie światłem”). Dlatego to wynurzenie z zanurzenia nazywało się „fotisma”. Tak się schodziły „woda” i „światło” w pięknym obrzędzie. Ale czy ktoś dziś jeszcze o tym pamięta?