Gdyby księży spytać, po co chodzą po kolędzie, pewnie odpowiedzą różnie.
Kolejny dom po kolędzie. W przedpokoju na mój widok starszy pan ubiera kurtkę, choć ciepło bucha w twarz i maluje parą szkła okularów. Przeziębiony, muszę się dobrze ubrać – objaśnia. Modlitwa. Idzie w ruch kropidło. Siadamy. Pan Kazio jest rówieśnikiem mojej mamy. I podobnie jak ona w swoim czasie dostał nakaz pracy. Przyjechał do Bielska-Białej z Warszawy. Znalazł żonę, założył rodzinę. Został na zawsze.
Pytam, jak przeżył wojnę, Powstanie? Był łącznikiem. A tatuś zastępcą dowódcy odcinka. Mieszkali na Bielanach, w zbudowanym przez ojca drewnianym domku, którego połowę wynajmowali na warsztat Żydowi z rudą brodą. Czynsz od najemcy szedł na spłatę dzierżawy gruntu, na którym stał domek. Kazio nosił rozkazy. A gdy zgłodniał, leciał do domku na Bielanach na obiad. Raz zatrzymali go ludzie w pół drogi i mówią, żeby zawrócił, bo ludzi z Bielan Niemcy zabierają, żeby wywieźć do obozu w Pruszkowie.
Kiedy Powstanie zaczęło upadać i nie było już od ani dla kogo nosić rozkazów, Kazio uciekł do wujostwa w Laskach, tam gdzie zakład dla ociemniałych. Patrzy, a tu rodzice na niego czekają. Kiedy Niemcy wypędzili ich z domu, poszli nie do punktu zbornego, ale w przeciwną stronę. I tak trafili do podwarszawskiej rodziny.
Pół roku później, zimą wrócili na Bielany. Domek stał. Tylko okna były rozbite. Ale nic to. Okna były podwójne. Na lato wewnętrzne kwatery ściągało się i zanosiło do piwnicy. Kwatery w piwnicy były nietknięte, więc można je było założyć i o pojedynczej szybie przezimować. Nikt z rodziny w czas wojny i Powstania nie ucierpiał, nawet rany nie odniósł. Z domku rodzinę pana Kazia wysiedlili później. Trzeba go było rozebrać, bo linia tramwajowa miała jednym torem iść tu gdzie kuchnia, a drugim przez sypialnię.
Kolegów, którzy zostali w Warszawie, UB prześladowało potem za Powstanie. Pana Kazia – nie. Bo on był już z nakazu pracy w Bielsku, a tu się nikt Powstaniem zanadto nie interesował. Siedzi przede mną szczęśliwie uśmiechnięty. Mieszka w nie pierwszej młodości domku sam, bo kilka lat temu owdowiał. Progenitura robi i przynosi zakupy. W niedzielę zabiera pana Kazia na obiad. Wtedy rozlicza całotygodniowe zakupy.
Emerytura nie jest wysoka. Jak można wyżyć? Pan Kazio z produktów za dwie dychy piecze małe, zakrzywione ciasteczka z orzechami. Wychodzi ich sto osiemdziesiąt, co wystarcza na cały miesiąc delektowania. Inny by kupił za te pieniądze czekoladę albo bombonierkę i zjadł za jednym posiedzeniem.
Gdyby księży spytać, po co chodzą po kolędzie, pewnie odpowiedzą różnie. Wzniośle – żeby się pomodlić, pobłogosławić, pochwalić albo zganić. Przyziemnie – żeby zebrać trochę grosza na kościół i swoje utrzymanie. Ja słucham historii, nie przeszkadzam gdy ktoś bierze mnie za rękę i jak Alicję wprowadza przez lustro wspomnień w zaczarowaną krainę przeszłości, która raz pachnie naftaliną, a kiedy indziej dymem wojennych zgliszcz. Przy okazji psom pozwolę się obniuchać i wylizać, kotom wyłasić kocie szczęście i wymruczeć swoje żale. Czego chcieć więcej?
[Foto poglądowe z domeny publicznej]
