Rodzinna historia buraka cukrowego.
– Dziadku, tak mi się strasznie chce czegoś słodkiego…! – wieczór usypia teraźniejszość i budzi wspomnienia. Mama siedzi przy stole i rozpływa się w przedwojennej przeszłości. Lwią część szczęśliwego dzieciństwa spędzała u dziadków na nieodległej wsi.
– To był mój ukochany dziadek! – tuli do serca wyblakłe zdjęcie. Zrobiono je mojemu pradziadkowi podczas pierwszej wojny światowej. Służył w CK Armii na froncie włoskim. Austriacy dość tęgo dostawali łupnia od Rosjan. Mimo to rzucili się w wir walki na pograniczu alpejskim. W Krakowie śmiano się, że CK armia walczy w Włochami, bo w końcu chce gdzieś od czasu do czasu wygrywać.
Dziadek cały i zdrowy wraca szczęśliwie z włoskiego frontu. Dwie dekady później kiedy jego wnuczka zaczyna marudzić, że chce czegoś słodkiego, wysyła ją na grządkę:
– Idźże sobie przynieś buraka cukrowego!
Potem rozgarnia pogrzebaczem rozżarzone szczapy drewna w piecowym palenisku i kładzie pośród nich ziemistą bulwę. Trzeba chwilę poczekać, aż się upiecze. Gdy burak jest gotowy wystarczy go wyjąć z paleniska, zdmuchnąć popiół, przekroić na pół, wziąć łyżkę do ręki i oddać się szalonej degustacji.
Mama mówi jeszcze, że żadne cukierki, pomadki, czekolady i delicje nie dościgną w słodyczy buraczanego deseru ze środka pieca. Zbiera się powoli, sunie w przydeptanych papuciach do sypialni.
– Słodkich snów, mamo.
