…czyli dwie kobiety i poświęcone lusterko.
Na świętą Agatę święci się chleb – wrzucony w ogień chroni od pożaru. Błażej błogosławi świece – przyłożone do gardła usuwają jego ból. Jan Apostoł błogosławi kielich uzdrawiającego wina. A na świętą Łucję – 13 grudnia – święciło się lusterka. Nie takie pierwsze lepsze. Ale z blachy wypolerowanej popiołem z gałązek palmowych, używanym w Popielec. Gdy cię oczy bolały – spoglądałeś w taką tackę z wiarą, iż ów zabieg przyniesie ulgę. Skąd to przekonanie?
Bo Łucję malują najczęściej z tacką w ręku, na której para oczu się znajduje. Łucja, gdy schwytano ją na chrześcijaństwie (dawne czasy pogańskiego cesarstwa, a konkretnie miasta Syrakuzy), została skazana na pohańbienie w domu nieprywatnym bynajmniej. Gdy ją tam wiedziono, podobno własnoręcznie oszpeciła się, wykłuwając sobie śliczne oczy. Jako materiał ludzki nieprzydatny, została podłożona pod miecz katowski i tak w męczeństwie żyć przestała. Od tego czasu uchodzi za patronkę w chorobach oczu i szczególną opiekunkę niewiast do nierządu przymuszonych lub upadłych.
Pomaga jej w pielęgnacji zmęczonych oczu czczona również 13 grudnia święta Otylia. Urodziła się pod koniec VI wieku. Była niewidoma. Ojciec chciał ją zabić: po co mu kalekie dziecko. Matka ją ukryła. A później – niczym do okna życia – oddała córkę do klasztoru. Podczas chrztu dziewczynka cudownie uzyskała wzrok. Malują ją jako mniszkę, co na tacy albo częściej na książce trzyma parę oczu.
Gdybym miał wybrać tylko jedną, byłby kłopot. Bo Otylia książki lubi, tak jak ja. Zaś Łucja i oczy krzepi, i dnia przyrzuca i jeszcze we Włoszech na osiołku jeździ i dzieciom prezenty rozdaje – trzeba tylko kilka suchych skórek chleba na parapecie dla osiołka zostawić.
