MóLD się za nami!

Czy różaniec może być torturą? Mnie się to przytrafiło.

Prowadzę nabożeństwo. Zapowiadam kolejne tajemnice, podaję intencje. Rozpoczynam „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”. Za mną ktoś nad wyraz głośno recytuje „…Święta Maryjo, Matko Boża, móLD się za nami grzesznymi…”. Raz, drugi, trzeci – myślę sobie, że się przesłyszałem. Potem nabieram pewności. Z czasem – jak poddany chińskiej torturze z kroplą wody spadającą na czubek głowy – boleśnie czekam na to „móLD się”. Jak na ironię mam przed sobą obraz Madonny, pod którym jest wstęga z napisem „móDL się za nami”. Więc ratuję się ucieczką w rozmyślanie tajemnic i udaję, że nie słyszę głosu zza pleców – przecież szczerego w błaganiu, choć tak drażniącego w sferze językowej.

Módl się – forma wołacza czasownika „modlić się”. Skoro mówimy „modlitwa”, „modlić się”, nie może być inaczej, jak tylko „móDL się”.

Modlimy się o coś. Modlimy się do kogoś, choć w staropolszczyźnie tego „do” nie było i wierni modlili się Bogu albo Matce Boskiej. Dawniej miejsce modlitwy nazywano „modlebnią” albo „modlewnią”, a „modlitewnik” oznaczał nie tylko książeczkę z tekstami modlitw, ale także kogoś, kto się modli (z feminatywem „modlitewnica”).

Choć z innej strony… może czepiam się niesłusznie. Głęboko sięgając w historię języka, praindoeuropejskim przodkiem naszej „modlitwy” jest słowo „moLD”, oznaczające „kruszenie”, „rozdrabnianie”, „zmiękczanie”. Ów fakt czyni nieco zamieszania. Ale też pięknie definiuje modlitwę: jako działanie, którego celem jest „zmiękczenie” Bożego Serca do do litości względem nas.