22 maja 2022

Eksodus

W Goleszowie na Śląsku Cieszyńskim też był obóz. W Dębowcu koło Skoczowa także ginęli więźniowie w pasiakach.

W śnieżycy i tęgim mrozie, 17 stycznia 1945 roku, z górą 56 tysięcy więźniów KL Auschwitz pognano na zachód. Do Marszu Śmierci ruszyli osadzeni nie tylko w Oświęcimiu i okolicznych miejscowościach, ale – następnego dnia – także odziani w pasiaki robotnicy cementowni w podcieszyńskim Goleszowie. 19 z nich padło z zimna i od kul strażników na skutych mrozem polach Dębowca koło Skoczowa.

Idzie się tutaj, mając mur wiecznie zielonego żywotnika z prawej i z lewej strony, niczym przez Morze Czerwone.

Cementownię w Goleszowie zbudowano jeszcze za Austrii. Produkowano tutaj cement w oparciu o miejscowe kamieniołomy u stóp Jasieniowej. W roku 1940 zakład przejęli Niemcy, a konkretnie esesmańska spółka Golleschauer Portland Zemment AG. Z robotnikami początkowo było krucho. Dopiero kiedy zaczęto rozbudowywać KL Auschwitz i tworzyć podobozy, których więźniowie pracowali także w zakładach produkujących na potrzeby wojenne, latem 1942 roku sprowadzono do Goleszowa około pół tysiąca więźniów, głównie Żydów. Półtora roku później ich liczba przekroczyła już tysiąc. Zakwaterowano ich w piętrowym budynku. Obok był barak dla strażników SS i plac apelowy.

Miejsce pochówku więźniów Goleszowa na skraju lasu Dólki.

To była mordercza praca: układanie torów kolejowych, tłuczenie kamienia, obsługa pieców do wypalania wapna, pakowanie cementu. Najwięcej wysiłku kosztowała robota w pobliskich kamieniołomach. Norma przewidywała, że pięciu więźniów, w ciągu jednego dnia, ma zapełnić kamieniem trzy wagony.

A obok krzyża kamień z Gwiazdą Dawida.

Do stycznia 1945 roku przez podobóz przewinęło się blisko 2,5 tysiąca więźniów. Połowę z nich, jako niezdolnych już do pracy, odesłano do macierzystego obozu Auschwitz. 130 zginęło – zostali zamordowani albo popełnili samobójstwo.
W styczniu 1945 roku popędzono ich do Loslau – to niemiecka nazwa Wodzisławia Śląskiego. Tu załadowano na otwarte wagony węglowe i wywieziono w głąb Rzeszy. Nie wszyscy dotarli na miejsce. Trasę Marszu Śmierci znaczyły trupy tych, którzy ginęli z głodu, zimna, rozstrzeliwani i dobijani przez esesmanów.

Krzyż na mogile, choć nie wiadomo, czy tutaj spoczywa jakiś chrześcijanin.

Z dębowieckich pól i zagajników dobrzy ludzie zebrali 19 bezimiennych ciał. Pochowali je na polu Dolce, pod laskiem Dólka. Postawili tablicę pamiątkową i krzyż, a pod krzyżem kamień omszały z Gwiazdą Dawida, bo może tam nawet sami Żydzi leżą, któż to wie.

Napis, żeby potomni pamiętali.

Byłem tam wiosną ubiegłego roku. Trzeba zostawić samochód na poboczu. Potem idzie się długim szpalerem, mając mur wiecznie zielonych żywotników po prawej i po lewej stronie – niczym Izraelici sunący przez Morze Czerwone. Ten ogrodzony skrawek z krzyżem, to miejsce, gdzie owych Dziewiętnastu zakończyło swój Eksodus.

Woda wsiąka w las, tak jak krew męczenników – w ziemię, na której wydali ostatnie tchnienie.

Cementowni w Goleszowie już nie ma. Zamknął ją pod koniec lat 80. premier Messner. Próbowano jeszcze sprywatyzować część infrastruktury, ale po samym zakładzie zostały tylko ruiny. I być może jeszcze jakieś ruiny bunkrów, gdzieś w całej Europie, do budowy których używano goleszowskiego „Portland Zemment”.

Jest też tablica informująca o historii tego miejsca.