16 października 2021

Krótka rozmowa o jedzeniu mojej babci w Auschwitz.

Przyklęknąłem przed królem, który mości się na tronie wózka inwalidzkiego. Dłonią zaklętą w rękawiczkę z czarnej gumy wcieram w opuchniętą kostkę przezroczysty kisiel maści przeciwbólowej. Jego nogi są już na tyle słabe, że nie potrafią go nosić. I na tyle jeszcze mocne, że kąsają bólem.
– To przez wojnę – tłumaczy. – Całą okupację w samych drewniakach, bez skarpetek, chodziłem.
– Tatuś, a pamiętasz coś z tego 27 stycznia, kiedy was Ruscy wyzwolili? – pytam wyciskając kolejną porcję maści.
Nie wie, jak zacząć. Tyle tego było. Tak dawno.
– Niemcy uciekli. Mama nalała zupy do garnka. Garnek przykryła i włożyła do torby. Posłała mnie i siostrę do obozu.
– Weszliście tak zwyczajnie przez tę bramę „Arbeit macht frei”?
– Przez bramę. Zwyczajnie. Nikt nie pilnował. A oni wszyscy siedzieli w barakach. Nie mogli uwierzyć, że są wolni. Bali się nas. Tam byli ludzie z całego świata: Grecy, Żydzi… Nie rozumieli, co się stało. Myśmy wchodzili do środka. Pokazywaliśmy na migi, żeby jedli. Z Oświęcimia, z Dworów, z Babic ludzie jedzenie przynosili. Codziennie. Chyba z jakieś pół roku. Bo oni nie mieli się gdzie podziać. Nie mieli jak wrócić do domu. Po niektórych zaczęły przyjeżdżać rodziny. Ale nie od razu. Ojciec włożył do torby ubranie, żeby dać komuś. Dostałem za nie dwa pasiaki. Na pamiątkę. Zostawiłem w obozie. Nie mógłbym śmierci przynieść do domu. Myśmy przez całe lata patrzyli, co Niemcy i kapo robili z ludźmi w pasiakach. Tam wszędzie była śmierć. Ale nie taka śmierć, że codziennie. To była śmierć w każdej chwili.
– Widziałeś zmarłych?
– Pogrzeby im robili. Najpierw na cmentarzu zrobionym zaraz za drutem obozu, niedaleko bramy. Nasi ludzie, miejscowi ich grzebali. We wspólnym grobie, bez trumny. Potem były pochówki na cmentarzu parafialnym w mieście.
– Zostało coś po więźniach?
– Wszystko. Niemcy nie zdążyli wywieźć. Baraki stały otwarte. Myśmy z siostrą zaglądali. Tam było tyle rzeczy, tyle rzeczy… Wszystko po więźniach. Pamiętam takie miejsce, gdzie same dywany były. Setki. Tysiące. Mógłbym dywan sobie wybrać. Na pamiątkę. Ale to nie było nasze. To było ich, więźniów. Niektórzy ludzie brali. Ja bym nie mógł. Aż jednego dnia Rosjanie zamknęli te magazyny. Podstawili ciężarówki i wszystko zapakowali. Konwój ruszył na wschód. Jechali koło naszego domu. Stałem i liczyłem. 74 wozy.

Skończyłem namaszczenie. Naciągam najpierw zwykłą skarpetkę. Potem taką wielką, z misiem w środku i silikonowymi piegami na podeszwie, żeby się nie ślizgały. Chińska karykatura tych wojennych chodaków drewnianych, nakładanych na gołe stopy, które teraz biorą bolesny odwet. Driftem wykręcam wózek przodem do telewizora. Jak w sam raz nadają reportaż ze wspomnieniami ocalałych – w rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Może komuś z nich parę łyków zupy mojej babci było pierwszym posiłkiem na wolności, w którą tak trudno przyszło uwierzyć?