Dusza jak ptak

Spotkałem dziś ubraną na czarno panią – niech będzie – Helenkę.

Dwa dni wcześniej pochowała męża. A wiele, wiele lat temu osiemnastoletniego syna. Spytałem, jak sobie radzi? A ona, że siedzi sama w domu i próbuje omodlić swój smutek.
– Pomaga? – pytam.
– Na razie nie. Ale kiedy umarł syn modliłam się codziennie. I chodziłam na grób przez osiem miesięcy. Aż któregoś dnia na pomnik sfrunął mały ptak. Chyba wróbel. Ruszył w ku mnie w podskokach. Zatrzymał się na krawędzi płyty, przy nogach. Nic się nie bał. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. A potem zwyczajnie odfrunął i zniknął. Wtedy poczułam, że spływa na mnie jakiś dziwny spokój. I przestałam czuć smutek. Bo ja wiem: może to dusza synka dała mi znak…?
– Dusza nasza jak ptak się wyrwała z sidła ptaszników – pomyślałem. – Sidło się porwało, a my jesteśmy wolni. Nasza pomoc jest w imieniu Pana, który stworzył niebo i ziemię (Ps 124,7-8).