Chyba z żadną świętą tyle zamieszania nie ma, co z Zofią.
Najpierw z powodu jej owianego legendami życia. Pierwsza utrzymuje, że Zofia żyła na początku II wieku. Zofia – piękne imię – znaczy „mądrość”. Była wdową, ale miała trzy córki: Pistis, Elpis i Agape – a one nie znaczą nic innego, jak Wiara, Nadzieja i Miłość. Chciałoby się powiedzieć: Sukces ma wielu ojców, a Mądrość wiele dzieci. A więc Zofii nakazano za cesarza Hadriana złożyć ofiarę bogini Dianie. A ona, że nie, bo jest chrześcijanką. Więc na oczach Zofii umęczono jej córki. A ona sama na ich grobie została umęczona – żalem albo i katowskim mieczem. Inna legenda jest dość podobna, tylko że Zofii każe żyć dwieście lat później i męczeństwo ponieść od rozkazów cesarza Dioklecjana.
Zofię spopularyzował cesarz Konstantyn, budując bizantyjską świątynię Hagia Sophia (Mądrości Bożej). Następnie literatura polska („Pan Tadeusz”, „Pan Wołodyjowski” oraz „Krakowiacy i Górale”). Wreszcie tradycja ludowa, która utrzymuje, iż „Święta Zofija kłosy rozwija” czyli „Od świętej Zosi, żytko się kłosi”.
Ale w tej ostatniej pojawiają się narzekania na deszczowe inklinacje świętej męczennicy. Lubi na Zofię popadać. A gdy „Zośka się rozpłacze, Matka nie utuli, będzie płakać do Urszuli” albo też „jak się Zosia rozczuli, to dopiero ją święty Jan utuli”. Stąd mówiło się o „posikanej” a na Żywiecczyźnie nawet (przepraszam) „pojscanej” Zośce. Górale żywieccy mówią, że dopiero „przystace”, czyli ludność napływowa, soczystości nieco z tych inwektyw upuściła, nazywając ją „zimną” albo „mokrą” Zośką. Ach, jak pięknie.
