Pan młody

– Na co mi ona? – pyta Bartłomiej Jezusa o własną skórę – na „Sądzie Ostatecznym” Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej.

Umarli właśnie zmartwychwstali. Każdy otrzymał nowe, doskonale ciało. Bartłomiejowi został nóż, którym oprawcy, gdzieś w Armenii, żywcem zdarli z niego skórę oraz ta właśnie stara skóra, teraz już niepotrzebna. Wykorzystał ją Michał Anioł i umieścił na niej swój… autoportret: kedzięrzawa czupryna i ciemna broda oraz oblicze nieco zmięte, ale prawdziwe. Michał Anioł urody był raczej nienarzucającej się. Czego o talencie na szczęście powiedzieć nie można.

Przez to oskórowanie Bartłomiej jest patronem rzeźników o tych, co wyprawiają skóry i czynią z niej różne torby, uprzęże, paski i cokolwiek. A na wnuki, które kiedyś kromkę ze skórki obgryzały, strofowały znaczącym karceniem: nie rób z chleba Bartka!

Podobno podczas tortur jakaś litościwa kobiecina miejsca po zdartej skórze masłem smarowała, żeby apostoła mniej bolało. Więc i nasze prababki na świętego Bartłomieja masło ubijały, żeby używać je potem na oparzenia i rany wszelakie. A pradziadkowie od Bartłomieja pierogi olejem z rzepaku, lnu a rydzyka maścili sowicie.

Żeby ów tłuszcz nie zaszkodził, dobrze i o jakimś alkoholu dla zdrowotności pomyśleć. Więc na Bartłomiej zaczynał się zbiór szyszek chmielowych. I do warzenia piwka się zabierano ochoczo.

Prababcie masło świeżo zrobione odstawiwszy, w te pędy za ostatnie zaprawy ogórków się brały, bo po Bartłomieju warzywo to już – w ich przekonaniu – za bardzo do kiszenia się nie nadawało z powodu – podobno – nieładnego zapachu. Kiedy dzieciska pytały, czemu odtąd ogórki mają pachnąc nieładnie, babcie tłumaczyły, że Bartek w ogórki… narobił. Hm.

A mężów panie ścigały, żeby chmielowe szyszki ostawiwszy, za zasiew się brali. Bo kiedy ziarno na Bartłomieja posiane, polon będzie przyszłoroczny obfity. A gdy się ociągać będą – nie daj Bóg – aż do wrześniowego Mateusza, głód do chałupy zajrzeć może.

Bartłomiej bociany zbierał do odlotu. A żabom kazał do stawu wskoczyć, wymościć się w dennym mule wygodnie na zimowisko. Ludziska też ostatnich kąpieli zażywali: w rzece, stawie, potoku. Czerwcowy Jan Chrzciciel wodę grzał, Bartłomiej ją studził. Koniec większej higieny z bieżącą wodą w tle na ten rok. Ale kto na Bartłomieja kąpiel wziął, mógł być spokojny o swoje zdrowie w czas jesiennej słoty i zimowych mrozów.

Jedynie w lesie nastawał niepokój. Bo na Bartłomieja otwiera się knieja. Odtąd sarny, jelenie i zające musiały umykać przed gromadami psów myśliwskich – „Na świętego Bartka zając boi się chartka” (psa gończego). A kto nie umknął, nim trafił do gara i na półmisek, jak Bartłomiej był ze skóry obrany.

Bartłomieja z Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza utożsamia tradycja z Natanaelem z Ewangelii Jana. Przeciwny temu był św. Augustyn i paru innych jeszcze Ojców Kościoła. Ale większość uważa inaczej. Natanael to też ładne imię. Znaczy tyle, co „dany przez Boga”, czyli – po polsku – Bogdan. Bartłomiej – Bar Tolomai – to przydomek „Syn Tolomaia” („tolomai” to ten, kto wykonuje orkę – oracz). Natanaela przyprowadził do Jezusa Filip. Natanael był z Kany Galilejskiej, a Jezus z Nazaretu. Natanaelowi zrazu w głowie się nie mieściło, że z Nazaretu pochodzi Mesjasz, bo Kana i Nazaret – patrzyły na siebie wzajemnie niczym Toruń i Bydgoszcz – uprawiający przy tym wzajemną niechęć i pogardę. Legendy mówią, że to właśnie Natanael Bartłomiej był owym panem młodym w Kanie, na którego weselu Pan Jezus wodę nalaną przez sługi do stągwi winem uczynił.

[Grafika: „Sąd ostateczny” – ostatni fresk Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej]