Kazanie krótsze

To zbyt błyskotliwa przypowieść dla umysłów uczniów, którzy domagają się, by Jezus ją objaśnił.

Przypowieść o gospodarzu, który pole obsiał pszenicą i nocnym nieprzyjacielu, który garściami dorzucił nasiona chwastu. Słudzy proponują natychmiastową resekcję szkodnika. Gospodarz jednak zabrania z obawy o uszkodzenie zboża.

Ja z ambony opowiedziałem historię podobną. Człowiekowi, który miał grządki i rabatkę kwiatową kury sąsiada rozgrzebywały uprawę. Reperacja płotu na niewiele się zdała. Może sąsiad nocą specjalnie psuł ogrodzenie, któż to wie? Żona mówiła: złap kurę albo dwie, zrobimy rosół. Syn proponował: tato, zrobiłem procę, wystrzelam kury-szkodniki. Nie posłuchał ich. W sąsiedniej wsi kupił kobiałkę jajek i stanął z nią przed drzwiami sąsiada. Popatrz – mówi – ile jajek w grządkach znalazłem. Twoje kury w nich urzędują. Więc przynoszę je, bo te jajka tobie się należą… Właściciel kur pomyślał sobie, że kto wie ile jego kury i sąsiada w grządce jajek zniosły i jeszcze zniosą, a on mu tutaj tylko kartonik przynosi. I jeszcze tego wieczoru płot naprawił. I kury w szkodę przestały przychodzić.

Można? Można! A nie, żeby zaraz z procy albo do gara. Wniosków nasuwa się kilka:

1. Najpierw gospodarz posiał pszenicę, potem nieprzyjaciel – chwast. Dobro jest najpierw. Zło jest wtórne. Dobro jest większe i silniejsze od zła, mimo wszystko. I ostatecznie dobro zwycięż. Tylko trzeba trochę poczekać, najdalej do żniw.

2. Sianie dobra jest zwyczajne: idziesz i po prostu to robisz. Żeby zasiać zło, trzeba nie spać, zakraść się nocą i przeżywać strach, że cię nakryją.

3. Chwilowy brak reakcji bywa najlepszą reakcją. Wszystko zależy. Kiedy cię ściga wściekły pies albo ryczący lew – bierz nogi za pas. Ale gdy jest to tylko komar, po co od razu wytaczać armatę? Trzeba pomyśleć, żeby nie wylać dziecka z kąpielą i naprawiając, nie zepsuć bardziej.

Tu podałem przykład strasznie zabiedzonego pacjenta, który ostatkiem sił stanął przed stomatologiem. Niech natychmiast rwie, bo on już nie wytrzyma. Doktor się przejął. Kazał otworzyć usta i bez zwłoki zęba wyrwał. To nie ten! – krzyknął pacjent. Spokojnie – mówi stomatolog – dojdziemy i do tego…

Kazanie było o połowę krótsze. Gdybym był złośliwy, to napisałbym, że o osiemdziesiąt procent. Ale nie jestem. Było krótsze, bo mój kolega Leszek, z którym niedzielne kazania dialoguję, pojechał zastępować innego kolegę, który jest w tarapatach zdrowotnych. I bynajmniej nie z powodów stomatologicznych. W każdym razie – mam nadzieję.