Kazanie na śmigus-dyngus

Dla władzy najlepiej, gdy „naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca”…

Zacząłem dziś od anegdoty. Jak w czas pierwszej wojny światowej CK Armia wzięła Icka w kamasze. Po krótkim szkoleniu w koszarach odesłano go na front z przydziałem do artylerii. Zaraz pierwszej nocy przydzielono Icka na wartę, żeby pilnował jednego z dział. W północy kapral ruszył na obchód posterunków i zastał Icka śpiącego w najlepsze. Poderwał biedaka kopniakami i wrzaskiem, że sąd polowy i kula w łeb za zaśnięcie na posterunku. I co masz na swoją obronę, nicponiu? Icek zdjął pokornie furażerkę: panie oficerze, ja próbowałem ruszyć z miejsca tę armatę i ani drgnęła. Więc pomyślałem tak: jeśli przyjdzie jeden nieprzyjaciel, ona jest taka ciężka, że ukraść jej nie poradzi. A jeśli przyjdzie wielu nieprzyjaciół, ja sam obronić jej nie poradzę. Więc poszedłem spać…

Podobnie mówi starszyzna, dając łapówkę strażnikom grobu Jezusa: mówcie, żeście spali, a Jego uczniowie Go wykradli. To kumulacja bzdur. Rzymskiemu żołnierzowi za niedopilnowanie groziła śmierć. W Dziejach Apostolskich jest historia Pawła i Sylasa. Gdy siedzieli w więzieniu, nocą przyszło trzęsienie ziemi, które otwarło bramę. Dowódca straży widząc to, pomyślał, że więźniowie skorzystali z okazji i uciekli. Dobył miecz, by rzucić się na niego. Lepiej umrzeć z własnej ręki szybko niż z cudzej w męczarniach. Dopiero Paweł go powstrzymał, krzycząc, że nikt nie uciekł, nikogo nie brakuje, nic się nie stało.

Strażnicy grobu Jezusa dostali pieniądze, żeby rozpowiadali swój sen, a więc niedopełnienie obowiązków, za które groziła kara śmierci. Władza ich przekupiła. Władza dała im pieniądze. Bo dla władzy najlepiej, gdy „naprawdę nie dzieje się nic i nie stanie się nic aż do końca” – dopowiada Leszek.

To się nawet układa z kultywowanym w drugi dzień Świąt zwyczajem śmigus-dyngus – dorzucam. „Śmigus” wywodzi się od starego „smagania” czyli bicia. Okładano onegdaj na się na wiosnę młodymi gałązkami: na urodzaj, na płodność i na zaloty. „Palma bije, nie zabije” – krzyczały chłopaki. Smaganiu towarzyszyło polewanie – wszak woda to życie. Można się było przed smagnięciem czy oblaniem wykupić. Ów „dyngus” ma korzenie niemieckie i oznacza wykup, okup albo łapówkę. Dokładnie to samo, czego użyła starszyzna wobec niefortunnej warty przy grobie Jezusa, żeby byś spokój. Tak z Leszkiem dziś prowadziliśmy dialog już prawie poświąteczny na ambonie.