Strażnik Teksasu

Umarł Chuck Norris – człowiek, który przeczytał cały internet.

Przeglądam zaoceaniczne fanpejdże. Piszą, że Strażnik Teksasu sam poniesie się w trumnie. Inni utrzymują, że osobiście pojedzie nad Wielki Kanion, żeby samemu rozsypać swoje prochy. Pozostali pocieszają się, że zaraz będzie Wielkanoc, więc wszystkiego można się spodziewać…

Ożywają czaknoryzmy: że Chuck Norris potrafi zaszyć się w kącie okrągłego pokoju, umie podzielić przez zero, policzył nieskończoność – i to dwa razy, że prowadził samochód, którym jego mama jechała do szpitala, żeby go urodzić. Chuck lepi bałwany z wody, a gdy Bell skonstruował telefon, miał na nim już trzy nieodebrane rozmowy od Chucka.

Ja najbardziej uśmiecham się na historię o księdzu, Panu Jezusie i Chucku w łódce na środku jeziora. Zepsuł się silnik, wioseł nie było, więc Pan Jezus wysiadł z łódki i poszedł piechotą do brzegu. Chuck Norris wysiadł i poszedł piechotą po brzegu. Ksiądz wysiadł i wpadł do wody, więc musiał się namęczyć, ale dopłynął do brzegu. Wychodzi i pyta: jak to zrobiliście?

– Stawiałem stopy na skałach, których wierzchołki są zaraz pod powierzchnią wody – mówi Pan Jezus.

– Na jakich skałach? – dziwi się Chuck Norris.

Był nie tylko legendarnym aktorem, ale też pełnym miłości ojcem i dziadkiem, religijnym człowiekiem. Umarł 9 dni po swoich 86. urodzinach, w sam raz w dniu świętego Józefa, patrona dobrej śmierci. Niech Chuck Norris odpoczywa w pokoju. Choć możliwe, że to pokój będzie odpoczywał w Chucku Norrisie.