Robisz to źle: NIE DO KOŃCA

Już po Świętach, więc mogę się przyznać. Jednej rzeczy nie rozumiem, nie jestem w stanie wybaczyć, z jej powodu dostaję białej gorączki: gdy ktoś na mszy jest nie do końca.

Rozumiem, że można się spóźnić. Nie jest to ładnie ani elegancko. Ale zdarza się nie znaleźć na czas kluczy, żeby zamknąć dom. Albo coś się po drodze zakorkuje. Zamarudzimy lub zadziała siła wyższa. Mówi się: trudno.

Nie rozumiem, jak można z własnej woli, w sposób zupełnie kontrolowany i świadomy wyjść z kościoła przed czasem, nierzadko ostentacyjnie, wulgarnie się przepychając i roztrącając stojących w kolejce do komunii świętej. A takie przypadki widziałem w ostatnich dniach.

Bo co? Najważniejsze za nami? Ogłoszenia mi nie są potrzebne? Bez błogosławieństwa i tak dam radę?

To wysiądź dwa przystanki wcześniej – przecież najważniejszą część drogi masz już za sobą. Wyjdź z toalety bez zbędnych ceregieli, po co używać papier toaletowy i spłukiwać wodę, skoro załatwiłeś sedno sprawy?

Ktoś próbował łagodzić moją irytację: dobrze, że w ogóle ludzie choć w Święta zajrzą do kościoła, dobrze że chociaż na chwilę… A właśnie, że nie. Niedobrze. Serio: te pięć-dziesięć minut do końca mszy to za długo, do do wytrzymania, nie do wysiedzenia? Pismo święte wiele razy kładzie nacisk, że to, co ofiarujesz Panu Bogu musi być najlepsze, pełne, bez uszczerbku. Nie wolno przynieść do ołtarza kulawej owcy albo ślepego baranka. Ma być „bez skazy”. Modlitwa, to twoje the best. A nie jakieś resztki czy popłuczyny.

Mam pomysł, by w kartotece parafialnej zrobić dodatkową rubrykę „stosunek do Pana Boga”. I świątecznym falstartowiczom wpisać krótko: „przerywany”.