Zgrzyt

Rozpisują się ostatnio o amerykańskim księdzu.

Opowiadał na ambonie, że szedł przez osadę indiańską z monstrancją, żeby pobłogosławić mieszkańców. Wtem przyskoczył ku niemu rozzłoszczony wódz, chciał wyrwać monstrancję, ale ta poparzyła go dotkliwie.

Zgrzyta mi ta historia z wrażliwością Ewangelii. Jezus mówi przecież: przyjdźcie do mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście. Utrudzeni i obciążeni – a nie wyłącznie wierzący i pobożni. Nie potrzebują Lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają. Parafrazując przekaz o zawalonej wieży z Siloe, która pogrzebała osiemnaście ofiar: czy uważasz, że ów wódz jest większym grzesznikiem, niż ty? – myślę sobie.

Tego rodzaju kaznodziejskie przykłady są jak kij, co ma dwa końce. Poruszą faryzeuszy, którzy rozglądając się dookoła, myślą sobie: na szczęście ów wódz i jemu opodobni, to – jak mawiają górale – głorse psiekrwie, jak jo. Zrażą grzesznych jak celnik, którzy gotowi pomyśleć, iż takich jak oni klamka drzwi kościelnych kopie prądem, a klęcznik konfesjonału jest świeżo przygotowanym stosem. Śmieszno i straszno.