Dzieciątko proleptyczne

Kiedy widzi się takie obrazy, nie wiadomo: śmiać się czy płakać.

Ładne Dzieciątko Jezus, w wieku przedszkolnym, duże oczy, włoski w fale, zaróżowione policzki, a tuż obok narzędzia tortur. Żeby zrozumieć tę grę kontrastów trzeba uciec w starożytność. W czasach wielkich batalii i zdobywców zrodził się zwyczaj „tropaion”, od greckiego – „tropo” – uciekać, zmusić do ucieczki: zbroję i broń pokonanego umieszczano na stojaku, pionowym palu z poprzeczką – wypisz wymaluj – w kształcie krzyża, by napawać się widokiem uzbrojenia, które na niewiele się zdało, skoro jego użytkownik poniósł klęskę sromotną.

W tym kluczu zaczęto już od około VI wieku pokazywać narzędzia, jakie szatan wykorzystał w przegranej walce z Chrystusem. Kult Męki Pańskiej z użyciem plastycznych wizerunków śmiercionośnych artefaktów przybrał na sile za sprawą kaznodziejskiej działalności zakonów żebraczych. Przedmioty te zwano „arma Christi” – mając na myśli Chrystusowy tropajon – broń, którą Zwycięzca śmierci zdobył na szatanie, co sromotną poniósł klęskę. Arma Christi umieszczano w pobliżu krzyża, albo i na nim. Ale też w Średniowieczu połączono je z wizerunkiem Dzieciątka Jezus. Krzyż pojawiał się już w stajence Betlejemskiej, w pobliżu żłóbka, ikony Prawosławia kładły Nowonarodzonego w żłobie bardziej podobnym do sarkofagu niż do jaśli, Dzieciątko Jezus zabawiało się nieraz młotkiem, gwoźdźmi albo i miniaturowym krzyżykiem. Ten nurt nazwano – też z greckiego – „prolepsis”, co oznacza „uprzedzenie” albo „antycypację”. A małego Jezusa w otoczeniu arma Christi określano mianem Dzieciątka Pasji.

Na rubinowej sukience Matki Boskiej Częstochowskiej jest maleńki klejnocik z płaskorzeźbą Dzieciątka klęczącego na krzyży i arma Christi (3,2×2,5 cm). Ofiarowała go na początku XVIII wieku Lubomirska, księżna sandomierska. Tymczasem mnie udało się złapać Dzieciątko Proleptyczne na czasowej wystawie w muzeum w Fatimie. Obraz podpisano tam jako „Dzieciątko Jezus z Cierniem”. Jezusek siedzi, do brzucha przyciska wiązkę ciernia niczym włosienicę. Towarzyszy mu ośmioro aniołów. Jeden trzyma krzyż, włócznię, trzcinę z gąbką i gwoździe. Powiewa titulus – szarfa ze skrótem „I.N.R.I.”. Jest drabina, misa i dzbanek z wodą, żeby Piłat umył ręce, są kości – losy, które rzucą żołnierze o szatę Jezusa, jest bicz, są obcęgi i latarnia, żeby pojmać Jezusa w ogrodzie oliwnym. Dzieciątko siedzi na kamieniu – zapewne odrzuconym przez budujących, który stanie się głowicą węgła. Wije się za plecami zielona gałązka – skoro z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z uschłym? Dzieciątko rączki złożyło w taki sposób, jakby odliczało dni do męki albo też chciało pokazać, że w tym wszystkim zostanie Jezus sam jak palec i zawoła: Boże, czemuś mnie opuścił?

Obraz namalował Baltazar Gomez Figueira prawie sto lat wcześniej, nim sandomierska Lubomirska Czarną Madonnę podobnym klejnotem obdarowała. Baltazar, a potem jego syn Józef, ochoczo powracał do tematów pasyjnych w wyjątkowy sposób, lubując się zwłaszcza w symbolice baranka w pętach. Ale to już temat na kolejną opowieść.