Karolina

18 listopada A.D. 2024 mija 110 lat od męczeństwa czwartej córki z jedenaściorga dzieci Jana i Marii Kózków, żyjących z roli i pracy dla dworu.

Karolina rodziła się w 1898 roku w podtarnowskiej gminie Radłów, we wsi Wał-Ruda, w przysiółku Śmietana, parę kroków od lewego brzegu Dunajca, który – minąwszy Tarnów – zbliża się do królowej Wisły. Na prawym jest Żabno, miasteczko moich dziadków po kądzieli. Karolina urodziła się 2 sierpnia. W sam raz na odpust Porcjunkuli. Z wynikiem celującym skończyła wiejską szkołę. Lubiła się modlić. Prowadziła różę różańcową. Gdy kogoś we wsi zmogła choroba, biegła polną miedzą do Radłowa, żeby księdza z Wiatykiem sprowadzić. Pomagała wujowi Borzęckiemu w prowadzeniu wiejskiej czytelni mieszczącej skromną stertę gazet i książek ze Skargowymi „Żywotami Świętych” na czele, które wypożyczało się albo czytało na głos dzieciom i niepiśmiennym. Byłaby z niej doskonała, wiejska nauczycielka. Gdyby dorosła, skończyła szkoły, jakie trzeba. Gdyby…

Aniołowie wręczają Karolinie palmę i wieniec – znaki męczeństwa.

Zaledwie kilka tygodniu po 16. urodzinach Karoliny, zaraz na początku wojny, we wsi stanęli ruscy żołnierze. Na drugim brzegu Dunajca okopali się Austriacy. Gdy dziś wjeżdża się na most Dunajcowy od strony Żabna trzeba minąć dwa wojenne cmentarze – austriacki po prawej i ruski po lewej stronie drogi. Był 18 listopada 1914 roku – dokładnie pół roku po tym, jak Karolina przystąpiła do bierzmowania. Do drzwi chałupy Kózków załomotał kolbą karabinu z bagnetem postawionym na sztorc ruski żołnierz. Kazał się zbierać Karolinie i ojcu, by wskazali mu austriackie pozycje. Po chwili marszu żołnierz odesłał Kózkę na powrót do chałupy. Karolinę popędził w stronę lasu.

Karolina uczy dzieci.

Nie wróciła na noc do domu. Nawoływali jej. Szukali. Dziewczyna przepadła, jak kamień w wodę. Dopiero na świętą Barbarę – 4 grudnia – chłop jeden, co poszedł zbierać chrust na opał, znalazł ją na skraju lasu. Leżała na plecach, z szeroko otwartymi, oszronionymi oczami. Kasztanowe włosy potargane. Odzież rozchełstana. I wielką ranę miała po szabli, biegnącą od barku przez szyję i klatkę piersiową na skos, jak szarfa, jak stuła, którą zakładają diakoni, święceni na pamiątkę świętego Szczepana, pierwszego męczennika.

Ponieśli ciało Karoliny do domu. Obejrzeli. Zbadali. Nogi podrapane od ostów i cierni. Musiała uciekać przed napastnikiem. A on kłuł ją bagnetem, zostawiając głębokie rany. Broniła tego swojego dziewictwa, z którego dziś się drwi. Za cenę życia. Obroniła. To też zbadała i potwierdziła miejscowa położna, co miało potem kapitalne znaczenie w procesje beatyfikacyjnym.

Karolina jest patronką Ruchu Czystych Serc – witraże z kościoła w Zabawie.

Ziomkowie postawili dziewicy Karolinie na cmentarzu pomnik z figurką Matki Boskiej. A pod lasem, tam gdzie żyć przestała, kopiec z drewnianym krzyżem. Mieli ją za świętą. Potem przenieśli jej ciało do grobu urządzonym w obejściu kościoła. W diecezji, za przyczyną biskupa Ablewicza, sprawę beatyfikacji ukończono błyskawicznie, niebawem po II wonie światowej. Ale gdy – zgodnie z procedurami – trafiła do Rzymu, na długie lata zaległa w przepastnych archiwach. Może watykańscy urzędnicy nie chcieli zadzierać z moskiewskim imperium? Bo, co prawda oprawca Karoliny był carskim jeszcze żołnierzem, ale Rusin, to Rusin.

Kościół w Zabawie: tutaj w ołtarzu są relikwie bł. Karoliny.

Dopiero nasz Jan Paweł II wszystkich zalegających w watykańskich otchłaniach polskich świętych nieogłoszonych wydobył – te Jadwigi, Kingi, tych Maksymilianów. Karolinę przyjechał beatyfikować do Tarnowa w 1987 roku. Półtora miliona ludzi tam było. A wśród nich dwie rodzone siostry Kózkówny, co tej chwili doczekały. W Zabawie dobyto jej szczątki z przykościelnego grobu i złożono w metalowym sarkofagu, na którym stoi główny ołtarz kościoła parafialnego. Czeka sobie na zmartwychwstanie, słucha mszy i modłów pielgrzymów Karolina zamordowana: bo była dziewczyną, bo była ładna, bo była Polką, bo walczyła o swoją kobiecość. O godność. I wygrała.