„Wielki znak szczerej wiary” – czytam okładkowy tytuł reportażu o figurze Matki Bożej Miłosierdzia w Konotopiu w najnowszym „Gościu Niedzielnym”.
Sporo ostatnio nasłuchałem się i naczytałem sprzecznych opinii i sądów o tym przedsięwzięciu. Jedne i drugie są jak najbardziej uprawnione, jeśli dotyczą estetyki dzieła: jednym się podoba, innym – nie. Nic złego w tym nie widzę, gusta miewamy różne. Nikczemne natomiast są opinie i sądy podważające intencje fundatorów, a niepotrzebne i małostkowe te, które pouczają, iż pieniądze można było spożytkować w inny sposób. Toć i Judasz na widok i zapach rozlanego olejku nardowego zżymał się, czy nie lepiej było go sprzedać a pieniądze rozdać ubogim. Każdy niech wyraża swą wdzięczność jak mu serce podpowiada a portfel pozwala – jego rzecz.
Tytuł „Wielki znak szczerej wiary” tylko bym zmienił. Dlaczego? Jakoś bliżej mi do małych znaków. Uchodząca za najmniejszą w Polsce koronowaną figurę Matki Bożej – w podradomszczańskich Gidlach ma zaledwie 9 centymetrów wysokości. Wyrzeźbiona w KL Auschwitz przez Bronisława Kupca, czczona w Harmężach figurka Matki Bożej zza Drutów ma niespełna 18 centymetrów. Żeby dosięgnąć Matki Bożej z Konotopia, trzeba ustawić jedna na drugiej 600 figurek gidelskich i 300 harmęzkich.
A gdyby się okazało, że wiara i jej znaki są odwrotnie proporcjonalne? Że o wielkiej wierze świadczą małe znaki? Może lepiej, bezpieczniej brzmiałby tytuł: „Szczery znak wielkiej wiary”? Bóg jeden raczy wiedzieć…

[Grafika: Matka Boża Gidelska (z Dzieciątkiem) z lewej oraz Matka Boża zza Drutów – z prawej]
