Skąd się bierze wino mszalne?

To trochę jak z pytaniem o mleko, na które tiktokowe pokolenie odpowiada, że bierze się je z „Biedronki”, o krowie nie wspominając ani słowem.

Wino mszalne kupuje się w sklepie. Ale nie w pierwszym lepszym. Trzeba trzymać się prostych, ale stanowczych przepisów. Inaczej Msza święta będzie nieważna, choćby ksiądz nie wiem jak pięknie wszystko wyrecytował.

Na chleb i wino mówi się, że to „materia Eucharystii”. Chleb zostawmy na później. Skupmy się na winie. Do Mszy świętej można użyć jedynie wina z winogron (żadne inne owoce, nawet jeśli ktoś lubi, nie wchodzą w grę). Wino musi być wyprodukowane i rozlane do butelek tam, gdzie jest winnica (w naszych kościołach chyba najpopularniejsze są wina węgierskie). Winiarz, jeśli chce, by jego wino było sprzedawane jako mszalne, nie musi od razu być katolikiem, ale ma obowiązek złożyć na ręce miejscowego biskupa przysięgę, że niczego tam nie domiesza, nie dołoży i nie dosłodzi, że wino będzie bez dodatków. Inaczej Msza będzie nieważna (to już wiemy). Na butelce musi przykleić etykietę z informacją o tym, że jest to wino mszalne i nazwiskiem biskupa, któremu obiecał, że wszystko będzie w porządku.

To dzieje się tam gdzieś na Węgrzech, we Włoszech albo we Francji. Ten, kto sprowadza to wino do Polski i sprzedaje je parafiom, też musi złożyć u biskupa już tutaj na miejscu przysięgę, że wino zostało przywiezione już w zamkniętych butelkach, a nie w beczkach i rozlane na miejscu, że nikt tam niczego nie dolewał ani nie dosypywał, żeby się nie zepsuło. Inaczej Msza będzie nieważna.

Kiedy już się kupi certyfikowane wino mszalne u importera / sprzedawcy z liturgiczną licencją, należy je starannie przechowywać, by nie zmętniało czy skwaśniało. Inaczej Msza będzie nieważna (powtórzę raz jeszcze).

Na koniec dwie ciekawostki. Pierwsza: z tego, co mi wiadomo, wino przed certyfikacją poddaje się badaniom laboratoryjnym. Nie da się zrobić tak, żeby wino było bez siarczynów, ale ich ilość może być jedynie śladowa i – jak mniemam – niższa, niż przewidziana przez zwykłe normy handlowe dla rynków UE. Nie słyszałem, by co do wina mszalnego istniały normy określające zawartość alkoholu. Natomiast można użyć do odprawiania Mszy świętej świeżo wyciśniętego (lub przechowywanego chłodniczo) moszczu czyli soku z winogron. Ale nie tak, że pójdę do warzywniaka, kupię kiść winogron, wycisnę przez szmatkę i gotowe. Ksiądz musi mieć na to zgodę biskupa (np. ze względów zdrowotnych).

Druga ciekawostka: u nas w kościele używa się ostatnio węgierskiego Tokajskiego żółtego Muskata z certyfikatem arcybiskupa Egeru Ternyaka Csaba (chyba czyta się „Czobo”). Wino pięknie się nazywa: „Lacrimae Christi” – „Łzy Chrystusa”. Jest to pewnie nawiązanie do tradycji winiarskiej spod stóp italijskiego Wezuwiusza. Z tamtejszych winnic wyciska się wspaniałe – jak twierdzą znawcy – wino „Lacrima Christi” – „Łza Chrystusa” (w liczbie pojedynczej). Winnice owe owiane są wzruszającą legendą. Otóż gdy Szatan został strącony z nieba za swoje nieposłuszeństwo, Panu Jezusowi strasznie żal się go zrobiło. I zaczął płakać. Łzy Chrystusowe padały na żyzną glebę u stóp zastygłych jęzorów Wezuwiuszowej lawy. A co która łza upadła w glebę, zaraz z niej krzew winorośli wyrastał. A każdego z nich owoce dają tak aromatyczny napój, że nawet Wolter w „Kandydzie” i Aleksander Dumas w „Hrabim Monte Christo” „Lacrima Christi” wychwalają.