Ostatnio panowie elektrycy robili u nas pomiary instalacji. Uchyliłem drzwi mojego mieszkania i mówię, że zostawię otwarte, niech sobie w każdej chwili wejdą. Jeden rzucił okiem do środka i zdecydował: tutaj do BIBLIOTEKI przyjdziemy na końcu…
23 kwietnia obchodzi się dzień książki. Tego samego dnia w 1616 roku zmarli Szekspir (według kalendarza juliańskiego) i Cervantes (kalendarz nasz – gregoriański). Obchód zaczął się prawie sto lat temu w Hiszpanii. Tam jest to także data obchodów świętego Jerzego, co pokonał smoka. Na pamiątkę tego 23 kwietnia Hiszpanki wręczały Hiszpanom czerwone róże, ci zaś – pomni na Cervantesa – odwzajemniali się… książką. Z Hiszpanii dzień książki rozprzestrzenił się międzynarodowo.
Jestem pod świeżym wrażeniem Paryża. Tam od 45 lat obowiązują „państwowe” ceny książek, jednakowe w każdej księgarni. Francja ma najwięcej – aż szesnastu – laureatów Literackiej Nagrody Nobla. Przeciętny Francuz czyta 18 (słownie: OSIEMNAŚCIE) książek w roku. Przeciętny Polak – dwadzieścia razy mniej.
W „Księgach Jakubowych” Olga Tokarczuk pisze o księdzu Benedykcie Chmielowskim – tym od „koń, jaki jest, każdy widzi”, że gdyby był królem, nakazałby jeden dzień pańszczyzny na czytanie przeznaczyć, cały stan chłopski zagoniłby do ksiąg i od razu inaczej wyglądałaby Rzeczpospolita…
Ja zrobiłbym to samo: na przykład żeby w niedzielę iść do kościoła oraz co najmniej przez godzinę czytać. W czasie modlitwy człowiek się nie starzeje. A kto czyta, to jakby żył dwa razy.
