To jedno z moich ulubionych słów: 5 spółgłosek i 1 samogłoska. Czy można się o nie potknąć?
Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? – słyszymy w niedzielnej Ewangelii współczesny przekład Biblii Tysiąclecia. Ksiądz Wujek użył tutaj innych słów: „widzisz źdźbło w oku brata, a tramu w oku twoim nie…”.
Tram, to ogromna, dolna belka, na której opiera się słupy podtrzymujące konstrukcję dachu. Tram jest synonimem obrobionego kloca albo pnia drewna.
Źdźbło tymczasem jest długą, cienką, szybko wysychającą łodygą trawy albo zboża.
Różnica między tramem i źdźbłem jest dwojaka. Najpierw dotyczy wielkości. Można sobie wyobrazić, że źdźbło wkłuje się pod skórę, zrani stopę, zaplącze we włosy, że ktoś się nim bawi, dłubie w zębach, żuje nawet, może się zagapił i dźgnął się źdźbłem (jak to ślicznie brzmi, język polski jest mmm…) w oko. Ale żeby ktoś miał tram, belkę w oku? Toż to szok! Tram trudno podnieść nawet we dwóch, czasem więcej chłopa potrzeba. A źdźbłem nawet dziecko może się bawić, nic nie waży. I taka jest wymowa tego podobieństwa w Ewangelii: ciężkie przewinienia moje nie przeszkadzają nawet w części tak, jak lekkie niczym źdźbło przewinienia innych.
Druga różnica leży w tym, że tram jest wynikiem celowego działania: trzeba pień okorować, obrobić, ukształtować. Tak samo moje zło jest często starannie wypielęgnowane, solidnie obmyślane i zrobione. A zło bliźniego niczym źdźbło – taka przypadkowa bida z nędzą. Nikt tego źdźbła-zła nie chciał, nie planował, jest bo jest. Tym gorzej dla niego.
Zawstydzają mnie niektórzy mówiąc, żem sprawniejszy od Piłata. Bo on do ukrzyżowania Jezusa potrzebował aż dwóch mocnych belek, a mnie do ukrzyżowania bliźniego wystarczy źdźbło wyjęte z jego oka.
Wydaje mi się, że mam wiarę przynajmniej jak ziarnko gorczycy. Ale kiedy zabieram się za przenoszenie gór, zawsze się, psiakość, potknę o to źdźbło, com je z oka bliźniego wyjął…