Jakiś grób? Relikwie? Może pamiątki? Grób został. I to nie jeden. Ale wszystkie… puste.
Pierwszy mieści się w Nazarecie. W połowie XIX postanowiły zbudować tutaj swój klasztor siostry nazaretanki. Najlepiej w pobliżu groty Zwiastowania i kościoła upamiętniającego dom Świętej Rodziny, w której Jezus „był im posłuszny” („hic erat subditus illis” – wieści inskrypcja nad wejściem. Była taka fajna działka. Ale w cenie jak dla dewelopera. Kobieta, która oferowała ją siostrom tłumaczyła, że to z powodu, iż mieści się na niej „grób Sprawiedliwego”. Siostrom bardzo zależało. Zapłaciły. Na odchodne kobieta uklękła i pocałowała ziemię. A potem zniknęła. Niebawem doszło do niegroźnego wypadku. Podczas prac budowlanych pod jednym z robotników zapadła się ziemia i chłopina wpadł do środka jakiejś krypty czy piwnicy. Na szczęście nic mu się nie stało. Zaś siostry, obadawszy wstępnie pomieszczenie uznały je za znakomitą piwnicę do przechowywania ziemniaków. I pewnie tak by było. Aż na miejsce budowy przyjechał jakiś zacny jezuita, który stwierdził, że sklepienie tej piwnicy pochodzi z czasów bizantyjskich i pewnie była tutaj jakaś zapomniana kaplica. Z czasem na teren wkroczyli archeolodzy, odkryli pozostałości cysterny, mieszkania i innych pomieszczeń. Pod podłogą jednego z nich znaleźli coś, co przypominało… grobowiec. Piwniczka była pusta. Za to przez długi czas rozchodził się z niej zapach kadzidła. Jeżeli działka była w czasach biblijnych w obrębie miasta, niemożliwe by tutaj był grób. Zmarłych grzebano zawsze poza murami. Chyba, że był to ktoś wyjątkowy. Może „Sprawiedliwy” – jak Józef, którego w ten sposób określa ewangelista Mateusz? Być może nazaretański grób Sprawiedliwego odnaleźli krzyżowcy. Najwyraźniej jednak i za ich czasów był pusty. W przeciwnym wypadki europejskie kościoły byłyby zasypane relikwiami świętego Józefa. Tymczasem takich… nie posiadamy absolutnie żadnych. Nawet najmniejszej kosteczki.
Są jeszcze inne domniemania co do grobu Józefa. Może krewni przenieśli jego ciało albo kości na cmentarz w rodzinnym Betlejem (tak utrzymywała błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich)? Innym podnoszonym czasem miejscem jest Jerozolima – miałby Józef być pogrzebanym nieopodal swoich teściów – Joachima i Anny, w pobliżu pustego (po Wniebowzięciu) grobu Maryi, u stóp Góry Oliwnej. Na mapie możliwych sarkofagów Józefowych pojawia się jeszcze nieśmiało i raczej nieprawdopodobnie Nablus czyli biblijne Sychem, gdzie swego czasu pomieszkiwał Abraham a potem jego wnuk Jakub.

Nie ma grobu z zawartością, więc nie ma mowy o relikwiach bezpośrednich świętego Józefa: czaszce, piszczelu, jakimś innym kawałku kości. Nigdzie. W żadnym zakątku świata. A może jakieś relikwie pośrednie? Pamiątki po Józefie? Oczywiście takich kilka by się znalazło. Choć pytania o ich autentyczność budzą uśmiech zmieszania.
Zacznijmy od kościoła świętej Anastazji w Rzymie. Jest tutaj w ołtarzu relikwiarz zawierają zwój zgrzebnego niczym worek płótna. I jest legenda. Józef oddał płaszcz w zastaw Iszmaelowi – handlarzowi drewna. Nie miał czym zapłacić za materiał do swojej roboty. Więc zostawił płaszcz jako poręczenie. Iszmael okrył płaszczem Józefa swoją żoną na chłodną noc. A ona rano obudziła się nie ta, co wczoraj: ze swarliwej jędzy nagle stała się promieniującą uśmiechem śliczną kobietą. Iszmael okrył następnie płaszcze grzbiet krowy, co nie wiedzieć czemu źle się miała. A natychmiast w zwierzę wstąpił wigor niebywały i doić się zaczęła za trzy. Wszystko, czego Iszmael nie dotknął Józefowym płaszczem zdrowiało, piękniało, nabierało doskonałości. Więc miał go już nie oddać, w zamian do końca życia dostarczając drewnianych prefabrykatów ile tylko Józef potrzebował do pracy. Płaszcz nabyty od jakiegoś żydowskiego kupca, który ręczył za jego autentyczność, do Rzymu przywiózł albo święty Hieronim albo – później – krzyżowcy. Kawałeczki owego płaszcza miały być umieszczone w niezliczonym gronie innych rzymskich i zagranicznych kościołów.
W paryskiej katedrze Notre Dame można natomiast podziwiać relikwie ślubnych obrączek Józefa i Maryi. W Perugii i w Mesynie mają po dodatkowym pierścieniu Józefa – takim wkładanym na palec na co dzień, do roboty. A franciszkanie w Castel Gandolfo posiadają drzazgę z laski Józefa – tej samej, która niczym różdżka Aarona obsypała się kwieciem, gdy ją kapłan oparł w przybytku świątyni w Jerozolimie wraz z kijami innych kawalerów bądź wdowców, by znakiem jakimś Opatrzność wskazała, który z absztyfikantów ma być małżonkiem cnotliwej dzieweczki imieniem Miriam. Mówiło się jeszcze o pasku świętego Józefa. Muzeum Narodowe w Bułgarii o mały włos nabyło jedyną certyfikowaną pieczęcią samego Ojca Świętego relikwię bodaj jakiejś części garderoby Józefa. Ale do transakcji nie doszło na skutek braku funduszy, a oferent przepadł bez słuchu. I to wszystko.
Mnie zadziwia prawidłowość tajemnicza, że im fajniejszy święty, taki pobożny, ludzki i rzeczywiście do naśladowania, tym mniej po nim pozostałości, a czasem nawet ciała nima – od Mojżesza poczynając na ojcu Kolbem kończąc – z Najświętszą Panienką i świętym Józefem na czele, oczywiście.