Dzień kota ’25

Kiedyś ludzie oddawali kotom cześć boską. Ludzie o tym już zapomnieli, ale koty wciąż pamiętają.

Zostało nam tylko ludowe przekonanie, że w niebie potraktują nas tak, jak my traktujemy koty na ziemi.

Podobno myszy były kiedyś tak samo duże jak koty. Przyszły w delegacji do Najwyższego i zaczęły się domagać lepszego traktowania, bo są piękniejsze i mądrzejsze niż sierściuchy. Najwyższy się zdenerwował na tę mysią zawiść i za karę uczynił gryzonie znacznie mniejszymi od kotów, które teraz na nie z zapałem polują.

W Biblii kot wymieniły jest tylko jeden raz (Ba 6,21), gdy prorok Baruch opisuje nędzną bezduszność pogańskich bożków, na których głowach siadają jaskółki, nietoperze i inne ptaki oraz „łażą koty”.

Podobno ludzie dzielą się na miłośników kotów i pokrzywdzonych przez los. Zarówno miłośnicy jak i ich ulubieńcy mają swoją patronkę. Jest nią wspominana 17 marca święta Gertruda. Była – w VII wieku – ksienią zacnego opactwa oraz szczęśliwą posiadaczką kota. Jednego razu Szatan kusiciel ukazał jej się w postaci… myszy. I nie wiadomo, jak skończyłaby się próba, gdyby kot Gertrudy nie rzucił się na drania i schrupał go ze smakiem. Gertruda sprowadzała książki do klasztornej biblioteki i koty do miasta Nivelles, w którym dzięki nim ustała plaga pożerających wszelkie zapasy myszy.

Grzegorz I Wielki – ten papież, który wymyślił Msze Gregoriańskie i chorał gregoriański – nim zasiadł na Stolicy Piotrowej, był benedyktyńskim mnichem. Gdy został już papieżem, stanął raz przed nim pewien mnich. Ojciec Święty chcąc wystawić na próbę jego posłuszeństwo kazał mu oddać to, co uważa za najcenniejsze. Mnich z niejakim ociąganiem wysupłał z przepastnego rękawa… małego kotka. Czy Grzegorz go wziął? Ależ skąd. Z rękawa swojej szaty również wyjął kota. I z pobłażliwym uśmiechem zaliczył mnichowi egzamin z posłuszeństwa.

Na początku XIX wieku na Stolicy Piotrowej zasiadł Leon XII. Zaraz na początku pontyfikatu przygarnął małego kotka, który albo się przyplątał albo nawet gdzieś po cichu przyszedł na świat w watykańskich zakamarkach. Leon dał mu na imię Micette – to po korsykańsku (miejscowa odmiana włoskiego) oznacza po prostu „Kociątko” (a dosłownie zdaje się małego amatora myszy). Plotka głosiła, że podczas audiencji papież siedząc na tronie trzymał na kolanach Micette, a przed oczami wścibskich osłaniał go połą płaszcza.

Bodaj najsłynniejszym kociarzem był Benedykt XVI. Jeszcze jako kardynał miał w Tybindze czarno-białego kota o imieniu Chico. Ponieważ odpowiednie przepisy nie pozwalają kardynałom włóczyć się po Watykanie z kotami, Chico – gdy Ratzinger był w Rzymie – stacjonował u sąsiadów, a gdy tylko przyszły papież wracał do domu, kot niczym Syn Marnotrawny stawał przed jego obliczem.

Kotka Muezzina, która niepodzielnie zawładnęła sercem Mahometa, zbudziła go pewnego razu uporczywym miauczeniem i szarpaniem pazurkami brody. Prorok zerwał się ze snu zirytowany, gdy spostrzegł zmierzającego w stronę posłania jadowitego węża. Umknąwszy przed jego śmiertelnym jadem pobłogosławił Muezzinę, czyniąc na jej czole znak, przypominający naszą literę M – jak miłość, jak Mahomet, jak Muezzina. Jeśli zobaczycie pręgowanego dachowca, pamiętajcie: to potomek Muezziny pobłogosławiony przez Proroka.

[Foto: Łajza z Komorowic. Próbowałem skręcić jakąś rolkę z Dziadem, ale gdzie tam: koledzy siedzieli pod drzwiami i usiłowali go wymiauczyć z chaty na dzielnię, więc nie było mowy o gwiazdorzeniu. W sumie dawno dawno temu pani Wet uczyniła Łajzę nieodwracalnym celibatariuszem. Mimo to, gdy zbliża się marzec, ciągnie go coś w świat, ona sam nie wie co i dlaczego…]