2 grudnia 2022

Anioł dobroci

Okazuje się, że każda profesja ma swojego patrona. Filologia romańska też.

Kiedy się urodziła, rodzice odetchnęli z ulgą: po czterech synach doczekali się wreszcie córki. Synowie pójdą na swoje, a córka zostanie w domu i zaopiekuje się nimi na starość – mówili sobie.

Nic dziwnego, że po maturze rodzice wysłali ją na przyuczenie w zakresie prowadzenia gospodarstwa domowego. Żeby jej pozwolić dobrze w zamążpójść. I żeby się dobrze nimi zaopiekowała na starość.

Ten rok wykorzystała nie tylko na naukę sprzątania, gotowania i wypieków, ale również na przekonanie ojca i matki, że warto mieć marzenia i je realizować. Zapisała się na filologię romańską na Uniwersytecie Poznańskim. Miała dobry słuch – nauka języków szła jak z płatka. Skończyła studia.

Była perfekcjonistką. Umyślała sobie, że egzamin magisterski musi złożyć w jak najlepszym stylu. Udało jej się zorganizować wyjazd do Francji, żeby doszlifować znajomość języka. Zamieszkała u sióstr Oblatek Serca Jezusa, bo było pewnie i nie kosztowało to nie wiadomo ile.

Szkoda być w Rzymie i nie zobaczyć papieża. Szkoda pomieszkiwać we Francji i nie zobaczyć choćby kilku z tych wyjątkowych miejsc. Na przykład takiego Lourdes. Z tym, że jest to miejsce wielce niebezpieczne. Jedni odzyskują tutaj zdrowie. Inni – zatracają pewność siebie, porzucają dotychczasowe aspiracje, zmieniają życie nie do poznania. Ona należała do tych drugich: tu właśnie postanowiła wstąpić do zakonu goszczących ją Oblatek.

A kto się nami zaopiekuje na starość? – przerazili się rodzice. Poruszyli niebo i ziemię. Wyciągnęli ją zza murów klasztornych. Sprowadzili do ojczyzny. Jednakże…

Ziarno wrzucone w ziemię nie zawsze kiełkuje od razu. Przygniecione ciężarem musi poczekać, zebrać siły, żeby wybuchnąć życiem na nowo, samemu obumarłszy. Z nią było podobnie. Wkrótce powołanie odżyło ze wzmożoną siłą. Tym razem zakołatała do furty klasztoru Sióstr Serafitek. Postulat, nowicjat, pierwsze śluby.

Wybuchła wojna. Poznański klasztor, w którym przebywała, Niemcy zamienili na hotel. Siostry internowano w jakichś przybudówkach. Głód i chłód mieszały się z trwogą o życie. Jednak nie na tyle mocno, żeby nie znaleźć jakiegoś kawałka chleba czy paru ziemniaków i nie zanieść do przetrzymywanych nieopodal jeńców wojennych – Francuzów i Anglików – którzy niepomni historycznych animozji zgodnie cierpieli gehennę uwięzienia, spragnieni miłosierdzia. „Anioł Dobroci” – tak o niej mówili nie tylko z powodu tych okruchów jedzenia, ale przede wszystkim z tego powodu, że służyła im za tłumaczkę, biegle posługując się obydwoma językami.

Zachorowała. Coś z gardłem Wkrótce okazało się, że to gruźlica. I wiadomym było, że długo nie pożyje. Miesiąc przed śmiercią, nie mając już sił, by wstać z łóżka, złożyła śluby wieczyste. Umarła pod koniec sierpnia – 80 lat temu – to był rok 1942. Francuzi i Anglicy z obozu jenieckiego płakali. Mówili o niej, że była święta. To była pierwsza, natychmiastowa beatyfikacja. Vox populi – vox Dei. Drugą beatyfikację uwieńczył Jan Paweł II 20 lat temu. Podczas ostatniej pielgrzymki do ojczyzny ogłosił serafitkę siostrę Marię Sancję Szymkowiak błogosławioną. Dzisiaj – 18 sierpnia – jest jej wspomnienie.

Jest u nas patronką studiującej młodzieży oraz – o tym chyba mało kto wie – filologów romańskich.